PBF - Łuski na oczach
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
30 bakis-ranu 9454, Tahar-gar, siedziba Perłowej Gildii
Siedzący w wyrzeźbionym z jednego kawałka drewna krześle mężczyzna pogładził długimi palcami masywne podłokietniki, tym jednym krótkim gestem ujawniając kipiącą pod maską pozornego opanowania złość. Widząc ten gest inny mężczyzna, noszący na sobie ciemne proste szaty ozdobione jedynie złotym łańcuchem, zesztywniał na ułamek chwili, siłą woli zmuszając się do ukrycia targającego nim zdenerwowania.
Mistrz Perłowej Gildii wyjrzał przez pyszniące się wielobarwnym witrażem okno na panoramę portowej dzielnicy Tahar-garu, milcząc przez dłuższą chwilę i potęgując owym milczeniem jeszcze bardziej skryte zdenerwowanie swego zausznika.
- Zawaliłeś sprawę, Sesto - powiedział w końcu srebrzystowłosy dostojnik, odrywając spojrzenie od skąpanych w promieniach słońca kolorowych dachów - Wszyscy mieli zabrać tajemnicę do grobu, a tymczasem chwacko ci uciekli.
- Nie troskaj się o nich, panie - odpowiedział czym prędzej młody mężczyzna w ciemnych szatach, przemawiając głosem niejakiego Jeruda Orresa, ale zupełnie nie przypominając go z pucołowatej i pozornie niewinnej twarzy - To zwykli rębacze, pozbawieni krzty pomyślunku. Musieliby postradać rozum do szczętu, by tu jeszcze kiedyś powrócić.
- Nie będę się zdawał na łaskę bogów, Sesto - w spokojny dotąd ton mistrza Perłowej Gildii wkradł się ton przypominający dźwięk pocieranego osełką ostrza - Znajdź ich i zabij. Jak najszybciej. Nie wracaj, póki nie będziesz miał wieści, które ucieszą me ucho.
- Umrą niebawem, mój panie - Sesto pojął, że w jego własnym interesie leży jak najszybsze zakończenie rozmowy, toteż pokłonił się natychmiast swemu pryncypałowi - Wypłynę osobiście na poszukiwania. Nie skryją się przed moimi chowańcami ni na ziemiach Osmundu ni nawet na Arianach.
Siedzący w wyrzeźbionym z jednego kawałka drewna krześle mężczyzna pogładził długimi palcami masywne podłokietniki, tym jednym krótkim gestem ujawniając kipiącą pod maską pozornego opanowania złość. Widząc ten gest inny mężczyzna, noszący na sobie ciemne proste szaty ozdobione jedynie złotym łańcuchem, zesztywniał na ułamek chwili, siłą woli zmuszając się do ukrycia targającego nim zdenerwowania.
Mistrz Perłowej Gildii wyjrzał przez pyszniące się wielobarwnym witrażem okno na panoramę portowej dzielnicy Tahar-garu, milcząc przez dłuższą chwilę i potęgując owym milczeniem jeszcze bardziej skryte zdenerwowanie swego zausznika.
- Zawaliłeś sprawę, Sesto - powiedział w końcu srebrzystowłosy dostojnik, odrywając spojrzenie od skąpanych w promieniach słońca kolorowych dachów - Wszyscy mieli zabrać tajemnicę do grobu, a tymczasem chwacko ci uciekli.
- Nie troskaj się o nich, panie - odpowiedział czym prędzej młody mężczyzna w ciemnych szatach, przemawiając głosem niejakiego Jeruda Orresa, ale zupełnie nie przypominając go z pucołowatej i pozornie niewinnej twarzy - To zwykli rębacze, pozbawieni krzty pomyślunku. Musieliby postradać rozum do szczętu, by tu jeszcze kiedyś powrócić.
- Nie będę się zdawał na łaskę bogów, Sesto - w spokojny dotąd ton mistrza Perłowej Gildii wkradł się ton przypominający dźwięk pocieranego osełką ostrza - Znajdź ich i zabij. Jak najszybciej. Nie wracaj, póki nie będziesz miał wieści, które ucieszą me ucho.
- Umrą niebawem, mój panie - Sesto pojął, że w jego własnym interesie leży jak najszybsze zakończenie rozmowy, toteż pokłonił się natychmiast swemu pryncypałowi - Wypłynę osobiście na poszukiwania. Nie skryją się przed moimi chowańcami ni na ziemiach Osmundu ni nawet na Arianach.
Ostatnio zmieniony 04 października 2011, 23:17 przez Keth, łącznie zmieniany 1 raz.
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
30 bakis-ranu 9454, Tahar-gar, domostwo rodu Fortanzów
Najmłodszy z synów ela Gurla Fortanza miał na imię Karel i ledwie tydzień temu skończył jedenaste urodziny. Ciesząc się z hojnych podarków ojca i trzech dorosłych już braci nigdy nawet by nie pomyślał, że ledwie tydzień później przyjdzie mu tkwić w pełnym rozpaczliwego niedowierzania szoku w kącie sali jadalnej, pośródku której matka i jego bracia z żonami otaczali kręgiem złożone na marach ciało ojca. Szlochy matki i lamenty bratowych docierały do uszu chłopca, ale prosty umysł wciąż nie akceptował niesionego nimi przesłania.
El Gurl Fortanz, dowódca kupieckiej straży konnej Tahar-garu, poważany mieszczanin i mężny sługa wielkiego księcia, odszedł ze świata żywych w kwiecie wieku, zabity bełtem cudzoziemskiej kuszy w chwili, kiedy dzielnie stawiał czoła zamorskim rzezimieszkom próbującym podłożyć pod portową dzielnicę miasta. Rodzina i przyjaciele rodu opłakiwali go licznie, miotając jednocześnie klątwy na głowy morderców i prosząc bogów o sprawiedliwą dla nich karę.
Karel otarł mokre od łez oczy starając się ze wszelkich sił nie wybuchnąć płaczem. Na jego twarz padł znienacka jakiś cień, toteż podniósł głowę zaciskając usta w grymasie, który skrzywił je w pełną rozpaczy podkówkę. Trzej bracia - Horlan, Ketto i Lagan - stanęli przy Karelu kładąc prawicę na jego ramionach. Widząc załzawionymi oczami po ich posępnych zaciętych twarzach chłopiec zaczął z wolna pojmować, co oznaczał dziwny błysk w ich oczach.
- Opiekuj się matką, mały - powiedział Horlan, najstarszy z wszystkich - Ona bardzo tego potrzebuje. Módl się za nią i nas do Asteriusza. Wrócimy tak szybko jak to możliwe.
- Dokąd... dokąd wyjeżdżacie? - wyjąkał chłopiec nie odrywając wzroku od oczu Horlana.
- Pomścimy ojca. Ktokolwiek go zabił, odpowie za to głową. Przysięgam ci na Białą Księgę, znajdziemy ich i zabijemy, wszystkich bez wyjątków. Tak nam dopomóż, Boże.
Najmłodszy z synów ela Gurla Fortanza miał na imię Karel i ledwie tydzień temu skończył jedenaste urodziny. Ciesząc się z hojnych podarków ojca i trzech dorosłych już braci nigdy nawet by nie pomyślał, że ledwie tydzień później przyjdzie mu tkwić w pełnym rozpaczliwego niedowierzania szoku w kącie sali jadalnej, pośródku której matka i jego bracia z żonami otaczali kręgiem złożone na marach ciało ojca. Szlochy matki i lamenty bratowych docierały do uszu chłopca, ale prosty umysł wciąż nie akceptował niesionego nimi przesłania.
El Gurl Fortanz, dowódca kupieckiej straży konnej Tahar-garu, poważany mieszczanin i mężny sługa wielkiego księcia, odszedł ze świata żywych w kwiecie wieku, zabity bełtem cudzoziemskiej kuszy w chwili, kiedy dzielnie stawiał czoła zamorskim rzezimieszkom próbującym podłożyć pod portową dzielnicę miasta. Rodzina i przyjaciele rodu opłakiwali go licznie, miotając jednocześnie klątwy na głowy morderców i prosząc bogów o sprawiedliwą dla nich karę.
Karel otarł mokre od łez oczy starając się ze wszelkich sił nie wybuchnąć płaczem. Na jego twarz padł znienacka jakiś cień, toteż podniósł głowę zaciskając usta w grymasie, który skrzywił je w pełną rozpaczy podkówkę. Trzej bracia - Horlan, Ketto i Lagan - stanęli przy Karelu kładąc prawicę na jego ramionach. Widząc załzawionymi oczami po ich posępnych zaciętych twarzach chłopiec zaczął z wolna pojmować, co oznaczał dziwny błysk w ich oczach.
- Opiekuj się matką, mały - powiedział Horlan, najstarszy z wszystkich - Ona bardzo tego potrzebuje. Módl się za nią i nas do Asteriusza. Wrócimy tak szybko jak to możliwe.
- Dokąd... dokąd wyjeżdżacie? - wyjąkał chłopiec nie odrywając wzroku od oczu Horlana.
- Pomścimy ojca. Ktokolwiek go zabił, odpowie za to głową. Przysięgam ci na Białą Księgę, znajdziemy ich i zabijemy, wszystkich bez wyjątków. Tak nam dopomóż, Boże.
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
30 bakis-ranu 9454, Tahar-gar, portowa tawerna
Siedzący na dębowej ławie mężczyzna ukrywał twarz pod rondem nasuniętego na czoło kapelusza, dzięki któremu bez trudu wtapiał się w półmrok panujący w kącie wyludnionej o tej porze dnia tawerny. Był dobry w swym fachu i chociaż stosownie się cenił, zasiadający po drugiej stronie stołu właściciel tawerny słyszał o nim dość wiele, by nie szczędzić złota upchniętego do pokaźnych rozmiarów mieszka.
- Wielu ją widziało, tedy żem pewien, że odpłynęła wraz z nimi! - powiedział karczmarz dusząc się wręcz kipiącymi od gniewu słowami - Przemocą ją tam zawlekli, pewnikiem ku temu, coby z niej niewolnicę uczynić w osmundzkiej krainie.
Mężczyzna o skrytej pod rondem twarzy znał na tyle dobrze Królestwo Złotych Twierdz, by wiedzieć jak wielką niechęcią otaczano tam handel niewolnikami, nie widział jednak potrzeby w informowaniu o tym swego rozdartego lękiem o córkę rozmówcy. Pokiwał jedynie z udawanym współczuciem głową, w skrytości ducha kontemplując z lubością rozmiary podanej mu sakiewki.
- Jeśli odpłynęła tą szebeką, nie będę miał trudu z podjęciem tropu - powiedział niskim głosem, pochylając się ponad stołem i podnosząc kapelusz dostatecznie wysoko, by wpadające przez okienka światło dnia ukazało karczmarzowi dwa okazałe kły sterczące z ust łowcy - Przywiozę ją z powrotem, jeśli tylko odnajdę ją żywą. A co z porywaczami?
- Niechaj sczezną! - warknął właściciel tawerny zaciskając dłonie w pięści - Zabij ich, ale się z tym nie śpiesz, niechaj stosownie pocierpią.
- Klient płaci, klient wymaga - odparł enigmatycznie mężczyzna w kapeluszu podnosząc się ze swego miejsca i chowając pod płaszczem sakiewkę - Przywiozę ją z powrotem.
- Jesteście tego pewni, panie? - w głosie karczmarza prócz gniewnej rozpaczy zabrzmiała też nuta lęku.
- Nazywam się Hran, Durdur Hran - rzekł lodowatym tonem uruk - To powinno ci wystarczyć za gwarancję, dobry człowieku.
Siedzący na dębowej ławie mężczyzna ukrywał twarz pod rondem nasuniętego na czoło kapelusza, dzięki któremu bez trudu wtapiał się w półmrok panujący w kącie wyludnionej o tej porze dnia tawerny. Był dobry w swym fachu i chociaż stosownie się cenił, zasiadający po drugiej stronie stołu właściciel tawerny słyszał o nim dość wiele, by nie szczędzić złota upchniętego do pokaźnych rozmiarów mieszka.
- Wielu ją widziało, tedy żem pewien, że odpłynęła wraz z nimi! - powiedział karczmarz dusząc się wręcz kipiącymi od gniewu słowami - Przemocą ją tam zawlekli, pewnikiem ku temu, coby z niej niewolnicę uczynić w osmundzkiej krainie.
Mężczyzna o skrytej pod rondem twarzy znał na tyle dobrze Królestwo Złotych Twierdz, by wiedzieć jak wielką niechęcią otaczano tam handel niewolnikami, nie widział jednak potrzeby w informowaniu o tym swego rozdartego lękiem o córkę rozmówcy. Pokiwał jedynie z udawanym współczuciem głową, w skrytości ducha kontemplując z lubością rozmiary podanej mu sakiewki.
- Jeśli odpłynęła tą szebeką, nie będę miał trudu z podjęciem tropu - powiedział niskim głosem, pochylając się ponad stołem i podnosząc kapelusz dostatecznie wysoko, by wpadające przez okienka światło dnia ukazało karczmarzowi dwa okazałe kły sterczące z ust łowcy - Przywiozę ją z powrotem, jeśli tylko odnajdę ją żywą. A co z porywaczami?
- Niechaj sczezną! - warknął właściciel tawerny zaciskając dłonie w pięści - Zabij ich, ale się z tym nie śpiesz, niechaj stosownie pocierpią.
- Klient płaci, klient wymaga - odparł enigmatycznie mężczyzna w kapeluszu podnosząc się ze swego miejsca i chowając pod płaszczem sakiewkę - Przywiozę ją z powrotem.
- Jesteście tego pewni, panie? - w głosie karczmarza prócz gniewnej rozpaczy zabrzmiała też nuta lęku.
- Nazywam się Hran, Durdur Hran - rzekł lodowatym tonem uruk - To powinno ci wystarczyć za gwarancję, dobry człowieku.