PBF - Łuski na oczach
Moriento westchnął z ulgą. Walka z taką gromadą żadnego krwi motłochu nie mogła skończyć się dobrze. Już w spokoju odnowił Magiczną Tarczę i zaczął zastanawiać się jak odzyskać swój tobołek, który jak widział leżał gdzieś (na uboczu?) w pyle ulicy. Trzeba też będzie szybko przemknąć się obok kawalerzystów i co sił w żaglach stąd się zbierać
Ostatnio zmieniony 03 października 2011, 11:59 przez tzeentch, łącznie zmieniany 1 raz.
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Noc 29 bakis-ranu 9454, Tahar-gar, dzielnica portowa
W tyle wciąż rozbrzmiewał jakieś krzyki, ale Goldasth nawet nie próbował oglądać się za siebie. Krasnolud widział tylko górujący nad nim kształt szebeki, odgrodzony od ociekającego potem brodacza grupą ludzi walczących zaciekle z kilkoma najeżdżającymi na nich konnymi, bez wątpienia członkami miejscowej milicji kupieckiej albo prywatnym pocztem konnym jakiegoś Tahargarczyka. Potrącany i uderzany łokciami, krasnolud parł przez ciżbę nie szczędząc własnych kuksańców, owładnięty dzikim pragnieniem znalezienia się na pokładzie statku.
Goldasth był sługą Gotam-gora, dzieckiem strzelistych gór i mrocznych kopalnianych sztolni. Morze nie tylko go nie pociągało, ten bezmiar kołyszącej drewnianą łupiną wody budził w krasnoludzie szczere zalęknienie, ale teraz Goldasth gotów był oddać wszystko, by tylko znaleźć się po przeciwnej stronie trapu.
Stęknął głucho, kiedy coś uderzyło go w bok grubokościstej czaszki z siłą taką, że w oczach wojownika pojawiły się na chwilę mroczki, a szabla wypadła mu ze zdrętwiałych palców wpadając gdzieś pomiędzy nogi walczących zaciekle Osmundczyków. Spłoszony koń zaparskał nad głową skulonego krasnoluda, tuż obok rozległ się głuchy huk spadającego na bruk jeźdźca połączony z wizgiem bólu, który urwał się natychmiast zakończony serią tępych uderzeń.
Do uszu brodacza dotarł też charakterystyczny, mrożący krew w żyłach brzęk kusz. To wystarczyło, by uginające się pod nim ze zmęczenia nogi sięgnęły po resztkę wigoru, niosąc duszącego się z niedoboru powietrza Goldastha poprzez zatłoczony trap za burtę statku. Kątem oka rębajło dostrzegł jeszcze pióra wioseł opieranych właśnie o nabrzeże z zamiarem odepchnięcia szebeki w głąb portowego basenu, zaraz jednak ktoś biegnący z tyłu pchnął go z całej siły w plecy.
Krasnolud wpadł na opasany żelaznymi obręczami maszt i zderzył się z nim z siłą, która mogła zgnieść nawet jego kutą w krasnoludzkiej kuźni łebkę. Świat eksplodował w jego oczach oślepiającym blaskiem i zaraz zgasł pogrążając się w całkowitych ciemnościach.
Wątek techniczny
Wyścig z czasem wciąż trwa. Szebeka właśnie zaczyna odbijać od nabrzeża, odpychana od niego piórami wioseł i bosakami - tylko patrzeć jak trapy odpadną od kadłuba! Goldastha to już oczywiście nie zainteresuje, bo chociaż jest nieprzytomny, a na głowie rośnie mu ogromny guz, to jednak znalazł się na czas po właściwej stronie burty!
W tyle wciąż rozbrzmiewał jakieś krzyki, ale Goldasth nawet nie próbował oglądać się za siebie. Krasnolud widział tylko górujący nad nim kształt szebeki, odgrodzony od ociekającego potem brodacza grupą ludzi walczących zaciekle z kilkoma najeżdżającymi na nich konnymi, bez wątpienia członkami miejscowej milicji kupieckiej albo prywatnym pocztem konnym jakiegoś Tahargarczyka. Potrącany i uderzany łokciami, krasnolud parł przez ciżbę nie szczędząc własnych kuksańców, owładnięty dzikim pragnieniem znalezienia się na pokładzie statku.
Goldasth był sługą Gotam-gora, dzieckiem strzelistych gór i mrocznych kopalnianych sztolni. Morze nie tylko go nie pociągało, ten bezmiar kołyszącej drewnianą łupiną wody budził w krasnoludzie szczere zalęknienie, ale teraz Goldasth gotów był oddać wszystko, by tylko znaleźć się po przeciwnej stronie trapu.
Stęknął głucho, kiedy coś uderzyło go w bok grubokościstej czaszki z siłą taką, że w oczach wojownika pojawiły się na chwilę mroczki, a szabla wypadła mu ze zdrętwiałych palców wpadając gdzieś pomiędzy nogi walczących zaciekle Osmundczyków. Spłoszony koń zaparskał nad głową skulonego krasnoluda, tuż obok rozległ się głuchy huk spadającego na bruk jeźdźca połączony z wizgiem bólu, który urwał się natychmiast zakończony serią tępych uderzeń.
Do uszu brodacza dotarł też charakterystyczny, mrożący krew w żyłach brzęk kusz. To wystarczyło, by uginające się pod nim ze zmęczenia nogi sięgnęły po resztkę wigoru, niosąc duszącego się z niedoboru powietrza Goldastha poprzez zatłoczony trap za burtę statku. Kątem oka rębajło dostrzegł jeszcze pióra wioseł opieranych właśnie o nabrzeże z zamiarem odepchnięcia szebeki w głąb portowego basenu, zaraz jednak ktoś biegnący z tyłu pchnął go z całej siły w plecy.
Krasnolud wpadł na opasany żelaznymi obręczami maszt i zderzył się z nim z siłą, która mogła zgnieść nawet jego kutą w krasnoludzkiej kuźni łebkę. Świat eksplodował w jego oczach oślepiającym blaskiem i zaraz zgasł pogrążając się w całkowitych ciemnościach.
Wątek techniczny
Wyścig z czasem wciąż trwa. Szebeka właśnie zaczyna odbijać od nabrzeża, odpychana od niego piórami wioseł i bosakami - tylko patrzeć jak trapy odpadną od kadłuba! Goldastha to już oczywiście nie zainteresuje, bo chociaż jest nieprzytomny, a na głowie rośnie mu ogromny guz, to jednak znalazł się na czas po właściwej stronie burty!
- Oj - sytuacja znów stawała się nieciekawa. Przegonić tłum tylko po to, żeby zostać osaczonym na nabrzeżu nie wyglądało na najciekawszą perspektywę. Choć zdyszany od wcześniejszych pogoni Moriento wykrzesał z siebie resztkę sił i ruszył biegiem w kierunku statku.
Jak wygląda sytuacja z moim tobołkiem? Leży na uboczu czy nie? Muszę znów straszyć konie magicznym pociskiem? (akurat na tak szybki czar mam chyba czas i mogę rzucać statycznie bez minusów za bieg?)
Jak wygląda sytuacja z moim tobołkiem? Leży na uboczu czy nie? Muszę znów straszyć konie magicznym pociskiem? (akurat na tak szybki czar mam chyba czas i mogę rzucać statycznie bez minusów za bieg?)
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Wątek techniczny
Tzeentch, w tym harmiderze i ciemnościach Moriento swego tobołka W OGÓLE nie widzi, on nawet nie wie, że ten tobołek znalazł się wcześniej w posiadaniu Hariquiela i nie wie też, co Hariquiel z nim zrobił. Konni zaraz zaczną się cofać (objaśnienie w poście dla Zygiego), ale na nabrzeże właśnie wpadają kolejne grupy motłochu, wiedzione przez bardzo licznych kontyngent strażników miejskich i żołnierzy, postawionych w alarm wyciem rogów i zwabionych pod szebekę wrzaskami walczących! Istnieje duże ryzyko, że będą wśród nich wojskowi czarodzieje!
Magiczna Tarcza weszła z wynikiem 60 w teście UM.
Proponuję jak najszybciej uciekać na szebekę, szczerze doradzam!
Tzeentch, w tym harmiderze i ciemnościach Moriento swego tobołka W OGÓLE nie widzi, on nawet nie wie, że ten tobołek znalazł się wcześniej w posiadaniu Hariquiela i nie wie też, co Hariquiel z nim zrobił. Konni zaraz zaczną się cofać (objaśnienie w poście dla Zygiego), ale na nabrzeże właśnie wpadają kolejne grupy motłochu, wiedzione przez bardzo licznych kontyngent strażników miejskich i żołnierzy, postawionych w alarm wyciem rogów i zwabionych pod szebekę wrzaskami walczących! Istnieje duże ryzyko, że będą wśród nich wojskowi czarodzieje!
Magiczna Tarcza weszła z wynikiem 60 w teście UM.
Proponuję jak najszybciej uciekać na szebekę, szczerze doradzam!
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Noc 29 bakis-ranu 9454, Tahar-gar, dzielnica portowa
Hariquiel zrozumiał w ułamku chwili, że musi uciekać, dalsze wystawianie się pod cios jeźdźca groziło bowiem nieuchronną śmiercią. Elf zgiął się w pół licząc w duchu, że będzie dość szybki, by ujść przed ostrzem, po czym rzucił się pomiędzy nogi roztańczonego na bruku konia zamierzając przemknąć pod jego brzuchem na drugą stronę.
Prawie mu się tu udało, dzięki wrodzonej zwinności właściwej jego rasie. Prawie, gdyż niespokojny, ustawicznie płoszony odgłosami bitki koń wierzgał kończynami tak szaleńczo, że mimo doświadczenia w obchodzeniu się z tymi zwierzętami Hariquiel nie zdołał do końca przewidzieć wszystkich jego reakcji.
Podkute żelazem kopyto jednej z tylnych nóg nastąpiło na stopę elfa, kiedy ten wytaczał się spod końskiego brzucha po przeciwnej stronie, zgodnie ze swymi nadziejami całkowicie tym ruchem jeźdźca zaskakując. Ból był wręcz nie do opisania. Poraził ciało Hariquiela spazmami cierpienia wyciskającymi łzy z oczu i nie pozwalającymi pozbierać myśli. Sharamita targnął się w tył uwolniony od miażdżącego ciężaru, kiedy koń ponownie podniósł nogę i wtedy kształt jeźdźca ponownie wyrósł ponad jego głową, a wzniesiony do ciosu miecz zalśnił blado w poświacie rzucanej przez łuczywa.
Głuchy metaliczny brzdęk zlał się w jedno z chrapliwym stęknięciem męża w półpancerzu. Pośrodku jego napierśnika jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wyrósł okrwawiony grot bełtu, który sekundę wcześniej trafił Tahargarczyka w naplecznik. Właściciel tarczy z wąsatym sumem stęknął raz jeszcze, zagulgotał, a potem zwalił się z głuchym hukiem na kamienne nabrzeże tuż przy krzyczącym wciąż mimowolnie z bólu elfie.
Wśród pozostałych jeźdźców poniósł się ostrzegawczy wrzask, bo w ślad za pierwszym bełtem ciemność nocy przeciął następny, trafiając w zad jednego z koni. Przeraźliwy kwik cierpiącego zwierzęcia podniósł wszystkim włosy na karkach - wszystkim z wyjątkiem właściciela rannego wierzchowca, ten bowiem nie miał czasu, by się stanem konia martwić: wyrzucony z siodła runął z donośnym hukiem pomiędzy Osmundczyków, a ci nie omieszkali z miejsca wymierzyć mu kilka kopniaków.
Konni Tahargarczycy wycofywali się pozostawiając swoich druhów na pastwę zamorszczyków, lękali się bowiem o swe życie. Hariquiel pojął w mig, że bełty nadleciały z pokładu szebeki, wystrzelone z zamontowanych na burtach wałowych kusz. Chociaż przeraźliwy ból wciąż nie pozwalał zebrać elfowi myśli, do jego uszu docierał już charakterystyczny dźwięk korbowych naciągów broni, szykowanych do oddania kolejnej salwy.
Dźwięk ten słyszeli też Tahagarczycy, dlatego targali rozpaczliwie za uzdy swych koni zmuszając je do zawrócenia w miejscu i odwrotu w zbawczą ciemności pobliskiej uliczki.
Hariquiel zrozumiał w ułamku chwili, że musi uciekać, dalsze wystawianie się pod cios jeźdźca groziło bowiem nieuchronną śmiercią. Elf zgiął się w pół licząc w duchu, że będzie dość szybki, by ujść przed ostrzem, po czym rzucił się pomiędzy nogi roztańczonego na bruku konia zamierzając przemknąć pod jego brzuchem na drugą stronę.
Prawie mu się tu udało, dzięki wrodzonej zwinności właściwej jego rasie. Prawie, gdyż niespokojny, ustawicznie płoszony odgłosami bitki koń wierzgał kończynami tak szaleńczo, że mimo doświadczenia w obchodzeniu się z tymi zwierzętami Hariquiel nie zdołał do końca przewidzieć wszystkich jego reakcji.
Podkute żelazem kopyto jednej z tylnych nóg nastąpiło na stopę elfa, kiedy ten wytaczał się spod końskiego brzucha po przeciwnej stronie, zgodnie ze swymi nadziejami całkowicie tym ruchem jeźdźca zaskakując. Ból był wręcz nie do opisania. Poraził ciało Hariquiela spazmami cierpienia wyciskającymi łzy z oczu i nie pozwalającymi pozbierać myśli. Sharamita targnął się w tył uwolniony od miażdżącego ciężaru, kiedy koń ponownie podniósł nogę i wtedy kształt jeźdźca ponownie wyrósł ponad jego głową, a wzniesiony do ciosu miecz zalśnił blado w poświacie rzucanej przez łuczywa.
Głuchy metaliczny brzdęk zlał się w jedno z chrapliwym stęknięciem męża w półpancerzu. Pośrodku jego napierśnika jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wyrósł okrwawiony grot bełtu, który sekundę wcześniej trafił Tahargarczyka w naplecznik. Właściciel tarczy z wąsatym sumem stęknął raz jeszcze, zagulgotał, a potem zwalił się z głuchym hukiem na kamienne nabrzeże tuż przy krzyczącym wciąż mimowolnie z bólu elfie.
Wśród pozostałych jeźdźców poniósł się ostrzegawczy wrzask, bo w ślad za pierwszym bełtem ciemność nocy przeciął następny, trafiając w zad jednego z koni. Przeraźliwy kwik cierpiącego zwierzęcia podniósł wszystkim włosy na karkach - wszystkim z wyjątkiem właściciela rannego wierzchowca, ten bowiem nie miał czasu, by się stanem konia martwić: wyrzucony z siodła runął z donośnym hukiem pomiędzy Osmundczyków, a ci nie omieszkali z miejsca wymierzyć mu kilka kopniaków.
Konni Tahargarczycy wycofywali się pozostawiając swoich druhów na pastwę zamorszczyków, lękali się bowiem o swe życie. Hariquiel pojął w mig, że bełty nadleciały z pokładu szebeki, wystrzelone z zamontowanych na burtach wałowych kusz. Chociaż przeraźliwy ból wciąż nie pozwalał zebrać elfowi myśli, do jego uszu docierał już charakterystyczny dźwięk korbowych naciągów broni, szykowanych do oddania kolejnej salwy.
Dźwięk ten słyszeli też Tahagarczycy, dlatego targali rozpaczliwie za uzdy swych koni zmuszając je do zawrócenia w miejscu i odwrotu w zbawczą ciemności pobliskiej uliczki.