Trącam Eitharta jakimś kijem widłami czy też czymkolwiek co jest w środku nie używając niczego z własnego ekwipunku. Upewniam się tym samym, że obudziłem kapłana, następnie odrzucam jak najdalej użyty przedmiot.
- Wstawaj kapłanie, jakiś rwetes w osadzie. Trza nam to sprawdzić.
Następnie zbieram swoje rzeczy i zmierzam w kierunku wyjścia z chaty zapewne za strażnikami, którzy pewnie już wyszli na zewnątrz.
PBF - Grzechy ojców
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Chatka dla gości, wieczór
Tropiciel wysadził z chatki jednym susem, niejako w przelocie wymierzając kopniak w goleń leżącego na wznak Trehanta i łapiąc za drzewce swej nowej włóczni. Ignorując okrzyk bólu półorka Skela wyskoczył za ogrodzenie budowli, biegnąc w stronę Duviku w ślad za dwoma gnającymi tam na złamanie karku strażnikami z nocnej zmiany. Obaj mężczyźni porzucili bez wahania swe dymiące aromatycznie fajki, wyciągając z pochew miecze i ruszając z odsieczą rozkrzyczanej coraz głośniej osadzie.
Skela podskoczył mimowolnie w miejscu, kiedy jakiś sporych rozmiarów kształt spadł znienacka z góry na dach jednego z pobliskich domostw, uderzając w sklepienie chatki z donośnym hukiem i przebijając się pośród chmury pyłu do jej wnętrza. Ze środka wypadli czym prędzej ogarnięci paniką Duvikanie, krztusząc się i machając rozpaczliwie rękami. Wejhury skrzeczały jak oszalałe, punktując wysokimi dźwiękami kobiece piski i męskie przekleństwa.
Skela cofnął się o krok wodząc wzrokiem po pionowych ścianach wąwozu, przekonany o tym, że jakiś nieznany mu jeszcze, a nader sprytny nieprzyjaciel przytoczył na krawędź płaskowyżu wielkie odłamki skał i teraz bombardował nimi dachy tych domostw, które wzniesiono tuż przy nawisach wielkiej rozpadliny. Dobiegający z głębi Duviku huk kolejnych mocarnych uderzeń zdawał się utwierdzać mężczyznę w tym przekonaniu, dowodząc na dodatek wyjątkowej bezsilności miejscowych w obliczu takiej formy ataku.
Jakiś noszący skórznię mężczyzna przebiegł obok tropiciela wymachując zakurzonym ostrzem miecza i krzykami nawołując do siebie oszołomionych biegiem wydarzeń ziomków. Duvikanin obrócił się na pięcie dostrzegając Skelę, a na jego twarzy tropiciel dostrzegł wyraz ulgi i nadziei na pomoc, okazywanej przybyszom od chwili ich wyprawy do kopalni miedzi. Mężczyzna poruszył się przywołując cudzoziemca do siebie gestem dzierżącej miecz dłoni i wówczas coś spadło z góry wprost na jego głowę.
Struga gorącej krwi tryskającej z otwartych złamań obryzgała twarz i pierś tropiciela, kiedy zgnieciony ciężarem upiornego pocisku Duvikanin zniknął pod nim niczym zdzielony kowalskim młotem orzech. Skela wrzasnął mimowolnie, mimo swego zwyczajowego opanowania skrajnie zaskoczony tą groteskową i brutalną zarazem śmiercią, ale część jego lęku powodowana była nie tyle zgonem Duvikanina, co naturą pocisku odpowiedzialnego za jego śmierć.
Było to pokryte chitynowymi płytami cielsko mrówkoluda, wciąż ziejące wielką raną w gardzieli w miejscu, gdzie poprzedniej nocy silne ramię Skeli wraziło ostrze włóczni. Matowe owadzie ślepia stwora spozierały na człowieka pozbawionym wyrazu martwym wzrokiem, budząc zimne dreszcze grozy i podnosząc włoski na karku tropiciela.
Wątek techniczny
Z góry spadają na osadę martwe mrówkoludy! Te same, które drużyna miała sposobność spotkać poprzedniej nocy w kopalni miedzi, wśród nich również te, które BG osobiście tam zarąbali! Od razu wyjaśnię, że stwory sprawiają wrażenie zupełnie martwych, nie ruszają się, nie kłapią paszczękami. Ktoś lub coś zrzuca je w dół z krawędzi przepaści, górującej nad Duvikiem kilkaset metrów wyżej, prosto na dachy i uliczki osady. Przyjmuję, że zgiełk postawił na nogi również Eitharta i Trehanta, natomiast para przyjaciół w wieży nad rzeką jeszcze nic nie wie, bo budowla stoi dość daleko, by nie słychać w niej było wrzasków przerażenia rozbrzmiewających w całym Duviku!
Skela, Eithart, Trehant, co robicie?
Tropiciel wysadził z chatki jednym susem, niejako w przelocie wymierzając kopniak w goleń leżącego na wznak Trehanta i łapiąc za drzewce swej nowej włóczni. Ignorując okrzyk bólu półorka Skela wyskoczył za ogrodzenie budowli, biegnąc w stronę Duviku w ślad za dwoma gnającymi tam na złamanie karku strażnikami z nocnej zmiany. Obaj mężczyźni porzucili bez wahania swe dymiące aromatycznie fajki, wyciągając z pochew miecze i ruszając z odsieczą rozkrzyczanej coraz głośniej osadzie.
Skela podskoczył mimowolnie w miejscu, kiedy jakiś sporych rozmiarów kształt spadł znienacka z góry na dach jednego z pobliskich domostw, uderzając w sklepienie chatki z donośnym hukiem i przebijając się pośród chmury pyłu do jej wnętrza. Ze środka wypadli czym prędzej ogarnięci paniką Duvikanie, krztusząc się i machając rozpaczliwie rękami. Wejhury skrzeczały jak oszalałe, punktując wysokimi dźwiękami kobiece piski i męskie przekleństwa.
Skela cofnął się o krok wodząc wzrokiem po pionowych ścianach wąwozu, przekonany o tym, że jakiś nieznany mu jeszcze, a nader sprytny nieprzyjaciel przytoczył na krawędź płaskowyżu wielkie odłamki skał i teraz bombardował nimi dachy tych domostw, które wzniesiono tuż przy nawisach wielkiej rozpadliny. Dobiegający z głębi Duviku huk kolejnych mocarnych uderzeń zdawał się utwierdzać mężczyznę w tym przekonaniu, dowodząc na dodatek wyjątkowej bezsilności miejscowych w obliczu takiej formy ataku.
Jakiś noszący skórznię mężczyzna przebiegł obok tropiciela wymachując zakurzonym ostrzem miecza i krzykami nawołując do siebie oszołomionych biegiem wydarzeń ziomków. Duvikanin obrócił się na pięcie dostrzegając Skelę, a na jego twarzy tropiciel dostrzegł wyraz ulgi i nadziei na pomoc, okazywanej przybyszom od chwili ich wyprawy do kopalni miedzi. Mężczyzna poruszył się przywołując cudzoziemca do siebie gestem dzierżącej miecz dłoni i wówczas coś spadło z góry wprost na jego głowę.
Struga gorącej krwi tryskającej z otwartych złamań obryzgała twarz i pierś tropiciela, kiedy zgnieciony ciężarem upiornego pocisku Duvikanin zniknął pod nim niczym zdzielony kowalskim młotem orzech. Skela wrzasnął mimowolnie, mimo swego zwyczajowego opanowania skrajnie zaskoczony tą groteskową i brutalną zarazem śmiercią, ale część jego lęku powodowana była nie tyle zgonem Duvikanina, co naturą pocisku odpowiedzialnego za jego śmierć.
Było to pokryte chitynowymi płytami cielsko mrówkoluda, wciąż ziejące wielką raną w gardzieli w miejscu, gdzie poprzedniej nocy silne ramię Skeli wraziło ostrze włóczni. Matowe owadzie ślepia stwora spozierały na człowieka pozbawionym wyrazu martwym wzrokiem, budząc zimne dreszcze grozy i podnosząc włoski na karku tropiciela.
Wątek techniczny
Z góry spadają na osadę martwe mrówkoludy! Te same, które drużyna miała sposobność spotkać poprzedniej nocy w kopalni miedzi, wśród nich również te, które BG osobiście tam zarąbali! Od razu wyjaśnię, że stwory sprawiają wrażenie zupełnie martwych, nie ruszają się, nie kłapią paszczękami. Ktoś lub coś zrzuca je w dół z krawędzi przepaści, górującej nad Duvikiem kilkaset metrów wyżej, prosto na dachy i uliczki osady. Przyjmuję, że zgiełk postawił na nogi również Eitharta i Trehanta, natomiast para przyjaciół w wieży nad rzeką jeszcze nic nie wie, bo budowla stoi dość daleko, by nie słychać w niej było wrzasków przerażenia rozbrzmiewających w całym Duviku!
Skela, Eithart, Trehant, co robicie?
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Stara wieża, zmierzch
Nad rzecznym korytem robiło się coraz ciemniej, toteż Uhra poczęła się niecierpliwie wiercić walcząc z uciążliwą do granic możliwości sennością. Nie wyspała się za dnia, bo ledwie przyłożyła głowę do posłania, a niemal natychmiast spoczynek przerwał jej Mordil tarmosząc gwardzistkę za kostkę i zmuszając ją do zarzucenia snu. Bolały ją wszystkie mięśnie, a oczy piekły tak jakby ktoś sypnął w nie piaskiem, toteż co chwilę pluła na opuszki palców i przecierała nimi powieki. Krwiście czerwona tarcza słoneczna zdawała się zapadać za skalisty widnokrąg, a na coraz ciemniejszym niebie zabłysły pierwsze gwiazdy, rywalizujące blaskiem z poświatą dwóch ogromnych tarcz księżyców wspinających się ospale na nieboskłon. Zmierzch niósł ze sobą pierwsze oznaki ochłodzenia, co gwardzistka przywitała z nieskrywaną ulgą.
Na szerokich kamiennych schodach wiodących w górę wieży rozległy się dźwięki pośpiesznych kroków wieszczące nadejście barbarzyńcy. Goblin skakał po kilka stopni, z obłędnym wyrazem oczu zdradzającym objawy udaru. Wysuszona skóra popękała mu na policzkach i brodzie, wargi wyglądały okropnie, a spiczaste uszy oklapły po raz pierwszy od chwili, kiedy Uhra go poznała, wisząc smętnie po obu stronach czaszki.
- Podobnież są na połdniu takowe ludy, co w słyncu chadzawują, a skóraśnie są czarniści jako wągle - wychrypiał goblin opierając się o kamienną ścianę obok Uhry - Juści żem takowy czarnisty jako une?
- Szaraśtyś okropniście po gębie, a cuchliwy potliwie - odpowiedziała gwardzistka siląc się mimo zmęczenia na pocieszny styl wysławiania goblina, mimo swej wcześniejszej wobec niego niechęci czując do Mordila coś w rodzaju pełnego rezerwu szacunku.
- Tosiem kontentny - goblin zaczął czochrać grzbietem o szorstką powierzchnię ścianę, zrzuciwszy wpierw z siebie przepoconą zbroję.
Uhra uśmiechnęła się kącikami ust obserwując przez chwilę ten zabawny zabieg, potem wyjrzała ponownie za parapet okienka wypatrując z utęsknieniem nadchodzącej od strony wąwozu nocnej zmiany. Nie miała pojęcia, co Eithart ustalił ze starszyzną Duviku, ale przez cały dzień nikt z osady nie wystawił nosa, nikt nie okazał też najmniejszego zainteresowania losem zasztyletowanych strażników, to zaś pozwalało przyjąć za pewnik, że wieść o brutalnym mordzie jeszcze się po Duviku nie rozeszła.
Mordil stęknął z lubością przyciskając swędzące plecy do ściany, poczochrał się o nią jeszcze chwilę, znienacka jednak znieruchomiał dostrzegając zesztywniałą Uhrę, wychyloną z okienka i spozierającą w dziwnym milczeniu w półmrok zmierzchu na zewnątrz wieży.
- Hę? - burknął pytającym tonem goblin, dziewczyna nic jednak nie odrzekła, toteż wyczuwając nieokreślone niebezpieczeństwo barbarzyńca przeskoczył jednym susem swą porzuconą na posadzce zbroję i przypadł do okienka u boku gwardzistki.
Księżycowa poświata wystarczyła mu w zupełności, by dostrzegł mroczne koryto rzeki i przemierzające je równym, chociaż nienaturalnie sztywnym krokiem kształty, kierujące się w stronę wylotu wąwozu i kryjącej się w jego głębi osady.
- Ktośne une są?! - wysyczał goblin szczerząc swe kiełki i strosząc uszy.
- Esajanie - odpowiedziała ledwie słyszalnie Uhra, nieco drżącym głosem - Esajanie...
Wątek techniczny
Kilkanaście martwych ciał leżących w starym korycie rzeki podniosło się znienacka niczym na umówioną komendę, bez śladu odprawionych naprędce obrzędów, bez śladu Sanny. Idą sobie teraz równym krokiem w stronę wejścia do wąwozu, wyraźnie ignorując wznoszącą się opodal wieżę. Co robicie?
Nad rzecznym korytem robiło się coraz ciemniej, toteż Uhra poczęła się niecierpliwie wiercić walcząc z uciążliwą do granic możliwości sennością. Nie wyspała się za dnia, bo ledwie przyłożyła głowę do posłania, a niemal natychmiast spoczynek przerwał jej Mordil tarmosząc gwardzistkę za kostkę i zmuszając ją do zarzucenia snu. Bolały ją wszystkie mięśnie, a oczy piekły tak jakby ktoś sypnął w nie piaskiem, toteż co chwilę pluła na opuszki palców i przecierała nimi powieki. Krwiście czerwona tarcza słoneczna zdawała się zapadać za skalisty widnokrąg, a na coraz ciemniejszym niebie zabłysły pierwsze gwiazdy, rywalizujące blaskiem z poświatą dwóch ogromnych tarcz księżyców wspinających się ospale na nieboskłon. Zmierzch niósł ze sobą pierwsze oznaki ochłodzenia, co gwardzistka przywitała z nieskrywaną ulgą.
Na szerokich kamiennych schodach wiodących w górę wieży rozległy się dźwięki pośpiesznych kroków wieszczące nadejście barbarzyńcy. Goblin skakał po kilka stopni, z obłędnym wyrazem oczu zdradzającym objawy udaru. Wysuszona skóra popękała mu na policzkach i brodzie, wargi wyglądały okropnie, a spiczaste uszy oklapły po raz pierwszy od chwili, kiedy Uhra go poznała, wisząc smętnie po obu stronach czaszki.
- Podobnież są na połdniu takowe ludy, co w słyncu chadzawują, a skóraśnie są czarniści jako wągle - wychrypiał goblin opierając się o kamienną ścianę obok Uhry - Juści żem takowy czarnisty jako une?
- Szaraśtyś okropniście po gębie, a cuchliwy potliwie - odpowiedziała gwardzistka siląc się mimo zmęczenia na pocieszny styl wysławiania goblina, mimo swej wcześniejszej wobec niego niechęci czując do Mordila coś w rodzaju pełnego rezerwu szacunku.
- Tosiem kontentny - goblin zaczął czochrać grzbietem o szorstką powierzchnię ścianę, zrzuciwszy wpierw z siebie przepoconą zbroję.
Uhra uśmiechnęła się kącikami ust obserwując przez chwilę ten zabawny zabieg, potem wyjrzała ponownie za parapet okienka wypatrując z utęsknieniem nadchodzącej od strony wąwozu nocnej zmiany. Nie miała pojęcia, co Eithart ustalił ze starszyzną Duviku, ale przez cały dzień nikt z osady nie wystawił nosa, nikt nie okazał też najmniejszego zainteresowania losem zasztyletowanych strażników, to zaś pozwalało przyjąć za pewnik, że wieść o brutalnym mordzie jeszcze się po Duviku nie rozeszła.
Mordil stęknął z lubością przyciskając swędzące plecy do ściany, poczochrał się o nią jeszcze chwilę, znienacka jednak znieruchomiał dostrzegając zesztywniałą Uhrę, wychyloną z okienka i spozierającą w dziwnym milczeniu w półmrok zmierzchu na zewnątrz wieży.
- Hę? - burknął pytającym tonem goblin, dziewczyna nic jednak nie odrzekła, toteż wyczuwając nieokreślone niebezpieczeństwo barbarzyńca przeskoczył jednym susem swą porzuconą na posadzce zbroję i przypadł do okienka u boku gwardzistki.
Księżycowa poświata wystarczyła mu w zupełności, by dostrzegł mroczne koryto rzeki i przemierzające je równym, chociaż nienaturalnie sztywnym krokiem kształty, kierujące się w stronę wylotu wąwozu i kryjącej się w jego głębi osady.
- Ktośne une są?! - wysyczał goblin szczerząc swe kiełki i strosząc uszy.
- Esajanie - odpowiedziała ledwie słyszalnie Uhra, nieco drżącym głosem - Esajanie...
Wątek techniczny
Kilkanaście martwych ciał leżących w starym korycie rzeki podniosło się znienacka niczym na umówioną komendę, bez śladu odprawionych naprędce obrzędów, bez śladu Sanny. Idą sobie teraz równym krokiem w stronę wejścia do wąwozu, wyraźnie ignorując wznoszącą się opodal wieżę. Co robicie?
Nie wiem gdzie jest reszta drużyny. Jeśli Eithart i Trehant są obok to zgarniam ich, żebyśmy szybko dotarli do "strzelających" trupami. Jeśli nie to oczywiście muszę ich szybko zlokalizować. Tylko w ostateczności ruszę tam sam, ale z wszelkimi środkami ostrożności wykorzystując zdolności profesjonalne jak "Krycie się w cieniu" i "Nasłuchiwanie"
Nie zgadzam si? z Twoimi pogl?dami, ale po kres moich dni b?d? broni? Twego prawa do ich g?oszenia
-
mordimer00
- Reactions:
- Posty: 2226
- Rejestracja: 07 stycznia 2011, 09:44