21.08.2017 04:29:32
Nawigacja
ŻELAZNE KRÓLESTWA
Wstępniak
Podręczniki, zasady oraz recenzje
Opis świata
Historie kolejnych nacji
Bestiariusz
Manual botmistrza
Skrypty generalskie
Przewodnik obieżyświata
Akta Gavina Kyle
Scenariusze
Opowiadania
Forum Żelaznych Królestw
Dział PBF
Zanim Zaczniesz
Otwarte Sesje PBF
Wirtualne Elizjum
w świecie Wampira
TYLKO ZALOGOWANI

DrecarE: Wirtualny Podręcznik
Geografia DrecarE
Wymiar Czasowy
Rasy DrecarE
Kultura Istot
Tworzenie Postaci
Mechanika Gry
Magia
Technologia
Bestiariusz
Ostatnie artykuły
Czwarta edycja KC!
Hassosac
Osobliwości i dziwy ...
Profesja do KC - Bes...
Kubo - prawdziwy bard
Orchiańskie sztuki w...
Nowa profesja - opry...
Uroki księżycowe
Rawenna i Asmodeusz
Ostatnio na forum
Najnowsze tematy
Pomysł na dodatki do...
DE - Fetysze
Kryształy czasu powo...
No na dobry początek
Gry paragrafowe
Najciekawsze tematy
Brak tematów na forum
Ostatnie komentarze
Newsy
Dawaj, dawaj będzie do...
Cieszę się, że skorzys...
Przeszedłem całość i g...
A ja olalem babę i sko...
Już poprawione, dzięki...
Artykuły
Biedny Venar, muszę w...
Spokojnie, bana dostan...
Z PD moze by jeszcze t...
1. Panowie trochę o gr...
Ja bym tam tez wstrzym...
Galeria
Zgadzam się z Nantarem...
Uważam że pełny opis c...
Ikonki zastępujące np....
Tak zupełnie w ramach ...
Czyli czerń i biel :) ...
Dodatkowe strony
Hmm chyba część błędów...
Paragraf 82 brak linka...
Te które wyłapałem, że...
Podam wieczorem jak bę...
Może te problemy wynik...
facebook
Nawigacja
Artykuły » ŻELAZNE KRÓLESTWA » W cieniu Smoka
W cieniu Smoka

W CIENIU SMOKA



Pobliże Wysokiej Bramy, 8 Trineus 606 OR


     Chociaż niemal całe swe życie spędził pośród nieumarłych, Gerlak Rzezisyn nigdy wcześniej nie zastanawiał się nad uczuciem towarzyszącym powrotowi z zaświatów. Widział coś takiego własnymi oczami setki razy: nieśmiertelnych potępieńców podnoszących się z ziemi na podobieństwo unoszonych niewidzialnymi sznurkami kukiełek, upiory i zjawy objawiające się w zacienionych miejscach, mechaniczne wynaturzenia będące dziełami rąk nekrotechmantów zszywane z martwych szczątków i obdarzane nowym życiem. Rozmawiał z nieumarłymi, zginał przed nimi kolana i wiódł ich do boju, a mimo to nigdy nie pomyślał, by któregokolwiek z nich zapytać, co czuli, kiedy życie gasło w nich ostatecznie po to, by wkrótce zapłonąć ponownie. Sam wielokrotnie stawał twarzą w twarz ze śmiercią; zbyt często, by zdołał wszystkie te przypadki zapamiętać. Pamięć przywoływała najczęściej wspomnienie pewnej plaży na Wyspach Scharde, wiele lat temu. Przybój pienił się tam czerwienią krwi, karmazynowy piasek lepił do butów niczym grząskie krwawe błocko. To właśnie tam miał sposobność zasmakować po raz pierwszy brwi botmistrza, jednego z potężnych techmantów należących do cygnarskich najeźdźców. Gerlak zabił tamtego dnia wielu nieprzyjaciół, ale zapamiętał właśnie tego człowieka. Odebranie mu życia kosztowało Gerlaka pierś pełną metalowych szrapneli po pocisku z działa Obronera; była to rana, którą walczący z trollakiem ludzie uznali za ewidentnie śmiertelną, lecz nim upadł na piasek, Gerlak zdołał rozrąbać głowę botmistrza swym toporem i pochwycić w usta strumień tryskającej w powietrze gorącej krwi.

     Leżąc na piaszczystej plaży czuł gasnące w sobie życie, słyszał coraz słabszy rwetes czyniony przez stłoczonych wokół swego zabitego przywódcy ludzi. Jego świadomość ulegała zapaści, po czym pojawiała się znowu w rytm bicia pracującego resztkami żelaznej woli serca - lecz koniec końców nie umarł. Nawet podług miary branej z wynaturzonych trollaków z Wysp Scharde okazał się niewiarygodnie silny. Czepił się życia z furią trollora, a kiedy bitwa dobiegła końca i nieprzyjaciel skoncentrował swą uwagę na czymś innym, umknął niepostrzeżenie pod falami przypływu zabierając ze sobą kilka stanowiących zapas pożywienia ciał. Pożarł je i odzyskał siły, jak zresztą zawsze.

     Rzucając wyzwanie śmierci niezliczoną ilość razy w spędzonych na Caenie latach, nigdy wcześniej nie czuł tak naprawdę jej lodowatego dotyku.

     Aż do dzisiejszego dnia.

     Teraz leżał w ciemności porażony bezkresnym bólem i głodem, chłonąc nozdrzami znajomy odór rozprutych wnętrzności i rozlanej krwi. Niczego nie widział. Chociaż co sił próbował otworzyć pokryte zaskorupiałą posoką i opuchnięte do granic możliwości oczy, przez wąziutkie szparki dostrzegał jedynie piętrzące się trupy innych żerców, ciśnięte na ogromną pryzmę i grzebiące go pod swoim ciężarem. Ukryty głęboko pod zwłokami, znalazł się bliżej śmierci niż kiedykolwiek wcześniej.

     Kiedy próbował się poruszyć, przychodziła potworna agonia będąca wspomnieniem cierpień, których doświadczył wiele lat wcześniej na tamtej pamiętnej plaży. Lecz nawet ból był niczym w porównaniu z trawiącym go głodem, wręcz przepastny i sprawiający wrażenie jakiejś żarłocznej pustki skrywającej się głęboko w jego jaźni; zbyt wielkiej, by zdołał ją zaspokoić za pomocą krwi i mięsa. Niewiele z niego pozostało po ostatniej bitwie. Stracił ręce i nogi, chociaż wciąż miał wrażenie, że odczuwa ich obecność. Nie potrafił się wyzbyć wrażenia, że teraz składał się już tylko ze zwierzęcego głodu oraz nieokiełznanej żądzy przetrwania.

     Ta właśnie żądza utrzymywała go przy życiu wiele razy wcześniej, kiedy inni wokół umierali bezpowrotnie. To ona wyniosła go do rangi przywódcy krielu, to ona uczyniła go generałem w szeregach armii Cryxu. Gdyby ktoś kiedyś zapytał o sekret jego niezłomnej zdolności przetrwania, nie zdołałby go wyjawić nie potrafiąc dobrać odpowiednich słów mogących oddać prawdę ukrytą w swej mocy. Postrzegał życie za pole ustawicznej bitwy. Kluczem do przetrwania tam, gdzie inni umierali było doskonalenie sztuki zabijania. Żywi mogli przetrwać wyłącznie żerując na zezwłokach pokonanych. Świat nie miał trwać wiecznie, stał się sceną rzezi, gdzie prawem silniejszych było ucztowanie na słabych. W mroku pomiędzy życiem i śmiercią Gerlak słyszał wielokrotnie sekretną muzykę sfer światów i niezmiennie kojarzyła mu się ona z dźwiękiem miliona zgrzytających paszczęk.

     Na pobojowisku opodal Wysokiej Bramy, na spodzie pryzmy martwych ciał, okaleczony i czepiający się życia resztkami swej woli, po raz pierwszy tak naprawdę spojrzał śmierci w oczy. Znalazł się bliżej końca niż tamtego pamiętnego dnia na plaży, kiedy posmakował krwi cygnarskiego botmistrza. Czuł jej lodowaty dotyk i złowieszczy szept. Oddanie życia w tej chwili nie kosztowałoby go najmniejszego wysiłku. Musiałby tylko poddać się i odejść. Zapadłby w kojącą ciemność, a głód ustałby wówczas na zawsze. Wszystko wreszcie dobiegłoby kresu.

     Nigdy nie przyznałby się przed nikim jak blisko krawędzi stanął, ale bezwolne poddanie się śmierci było zupełnie obcym mu konceptem. W ciemności i miażdżącym ciało ścisku spróbował ponownie się poruszyć, czując potworny ból uszkodzonych organów wewnętrznych uciskanych przez strzaskane żebra. W oczach Gerlaka rozbłyskiwały oślepiające ogniki wywoływane nieopisanym wręcz cierpieniem, a w głębi każdego z nich trollak dostrzegał jakieś wspomnienie niedawnej przeszłości.

     Statki opuszczały port w Czarnowodach. Stał na dziobie Miażdżyciela, a za nim tuziny posępnych żerców, których trupy miały się potem spiętrzyć pod Wysoką Bramą. Wszędzie wokół uwijali się ludzie, w pośpiechu i z opuszczonymi nisko głowami, niczym wielkie bladoskóre szczury starające się za wszelką cenę uniknąć uwagi swych panów, doglądając lin i żagli i wszystkich tych mało istotnych rzeczy wprawiających okręt w ruch. Przywodzili Gerlakowi na myśl pchły kryjące się w futrze ogromnego wilka, który należał do wielkiej watahy zgromadzonej pod sztandarem osławionego trollaka - watahy stanowiącej zaledwie wyciągnięty pazur dużo potężniejszego drapieżnika.

     Spoglądał ku Wysokiej Bramie, wciąż odległej o setki mil na wschód. W jego umyśle zapłonął następny ognik sprowadzając wspomnienie wód przylegających do ogromnego cygnarskiego miasta. Niebo pełne było płomieni, kłębów dymu i płatków sadzy. Powietrze wibrowało do wtóru ustawicznych armatnich wystrzałów i krzyków agonii, morze zaś przybrało szkarłatną barwę. Gerlak spoglądał na strzeliste mury miasta i stanowiące ich podstawę klify, przenosząc się w następnej sekundzie z powrotem na plaże Cryxu, otoczony przez trollaki i ogrunów stojących nieprzeliczonymi rzeszami w całkowitym milczeniu, niemo wyczekujących rozkazu do zaokrętowania. Nie wydawali z siebie żadnych odgłosów na przekór swej nieposkromionej naturze. Ich naturalna dzikość, żądza mordu i okrutny temperament trzymane były na wodzy przez strach i szacunek wobec swego przywódcy.

     Stał przed nimi gotowy posłać swe zastępy na pewną śmierć, ze sobą samym w pierwszym szeregu, gdyby zaistniała taka potrzeba. Był w pełni świadom swej wielkości i nikłości zarazem. Jego władcy nie oczekiwali wcale, że powróci z miejsca, do którego został wysłany. Został spisany na straty wraz ze swymi żercami, niczym amunicja armatnia wystrzelona w specjalnym celu. Od początku wiedział, że tego dnia nie było mu pisane zwycięstwo. Jego żercy nie mieli zdobyć Wysokiej Bramy. Atak na miasto był jedynie dywersją, mającą odwrócić uwagę mieszkańców kontynentu od innego wydarzenia. Rzuceni na pewną śmierć pod murami Wysokiej Bramy, żercy Gerlaka stanowili cenę realizacji podstępnej strategii.

     Trollak miał tego świadomość i akceptował swą rolę, ale bynajmniej nie podzielił się swą wiedzą z żercami i towarzyszącymi im korsarzami. Im oznajmił, że strzaskają mury Wysokiej Bramy, że rozbiją je niczym skorupę wielkiego żółwia, by móc ucztować na wydobytym ze środka soczystym mięsie. Opowiedział im jak tego dokonają i obudził w nich wiarę w nieuniknione zwycięstwo, pławiąc się w ryku ekstazy tak gromkim, że zatrząsły się od niego przestworza.

     I wówczas nieboskłonem wstrząsnął ogłuszający huk i we wspomnieniach trollaka pojawił się cień mroczniejszy niż zasłona gęstego dymu spowijająca przestworza nad Wysoką Bramą; mroczniejszy niż czerń pustki czekającej za wąską linią rozdzielającą życie i śmierć. Zniknęła plaża, zniknęli otaczający go żercy. Był znowu młodzikiem polującym w dziczy Scharde. Biegł skacząc pomiędzy głazami w wyścigu ku jednej z wyższych skał, ścigany przez ogromny czarny cień pochłaniający grunt przed jego oczami, pogrążający wszystko wokół w ciemności. Kiedy spojrzał w górę, nie dostrzegł już w tej wszechobecnej ciemności słońca. Był tylko smolisty cień, przysłaniający cały świat.

     Później miano mu powtarzać, że to nie mógł być Toruk, albowiem prastary smok nader rzadko opuszczał w tych czasach swe leże, ale Gerlak wiedział swoje. Po raz pierwszy było mu wówczas dane ujrzeć Smoczego Ojca i od razu pojął, że znalazł się w mgnieniu oka w obecności prawdziwego bóstwa.

     Zawsze pamiętał, że najpotężniejszymi i najbardziej wpływowymi byli ci, którzy sprawowali władzę i że oni sięgali po największe nagrody życia, lecz do tamtego pamiętnego dnia jego wiedza na temat władzy ograniczała się do brutalnych zatargów pomiędzy młodocianymi trollakami i krwawych wojen toczonych przez sąsiadujące ze sobą kriele. Podnosząc w górę wzrok i spoglądając na gigantyczny cień pojął po raz pierwszy, że coś może być aż tak wielkie i poprzysiągł sobie wówczas podążać za tym mrokiem, póki jego własny cień nie stanie się równie ogromny.

     Gdy ostatnie wspomnienie opuściło udręczony umysł trollaka, jego myśli powróciły na pobojowisko pod murami nieprzyjacielskiego miasta, do smrodu wyprutych wnętrzności i miażdżącego ciężaru piętrzących się na nim trupów. Dla kogoś innego te zwłoki mogłyby stanowić symbol klęski, ale nie dla Cryxianina. Trupy były w Cryxie jednym z bogactw naturalnych. Co więcej, przygnieciony nimi trollak był żercą. Nosił miano Gerlaka Rzezimistrza i martwe truchła zwykły bywać jego karmą. Nie znalazł się w grobie, tylko przy biesiadnym stole. Chociaż stracił wszystkie swe kończyny, chociaż śmierć czaiła się na wyciągnięcie ręki, okręcił w bok głowę zmuszając się do ruchu wbrew wyczerpaniu i bólowi, pokonując słabość zrodzoną w rozerwanych mięśniach i ścięgnach i wbijając ostre zęby w jedno z leżących obok ciał. Zaczął się pożywiać, z każdym kęsem odzyskując cząstkę siły i dzięki niej z mniejszą trudnością wyszarpując z truchła kolejne kawałki mięsa. Ponaglany żarłocznym instynktem, pożerał cielska martwych trollaków czując zasklepiające się rany i odrastające kończyny. Kiedy odzyskał kikut jednej ręki, użył jej do przyciągania ku sobie kolejnych trupów i wciskania sobie strawy w paszczękę. Gdy ręce odrosły mu do końca, zyskał pazury zdolne do rozdzierania zwłok na strzępy. Kiedy już powrócił do pełni zdrowia, leżał pośród resztek cielsk swych wojowników rozglądając się wokół siebie. Otaczały go sterty trupów rzuconych na żer morskim ptakom, ale w oddali dostrzegał uwijających się przy gorączkowej pracy ludzi, robiących zwyczajowe dla siebie rzeczy: próbujących odbudować to, co najeźdźcy uszkodzili w ślepiej wierze, iż mury zdołają ich wiecznie chronić. Ujrzał też ich tnące przybrzeżne wody statki, a jeden z nich płynął dość blisko brzegu, by móc się trollakowi przydać.


Wody Merediusa, 9 Trineus 606 OR

     Szkuner Demetrius oddalił się na odległość jednego dnia żeglugi od Wysokiej Bramy, zmierzając na północ ku Cerylowi z ładunkiem wojskowych zapasów oraz niewielkim oddziałem żołnierzy Trzeciej Armii. Pasażerowie trzymali się we własnym towarzystwie bądź jedli z kapitanem szkunera, lecz chociaż zasłaniali dokładnie swe naszywki, ich mowa ciał i wysokiej jakości broń wiele marynarzom mówiły. Wojskowi stanowili najczęstszy temat rozmów wiedzionych w kojach bądź w trakcie partyjek karcianych i kościanych rozgrywanych na obróconych do góry nogami beczkach.

     Prócz tematu żołnierzy żeglarze roztrząsali gorączkowo wieści o bitwie o Wysoką Bramę. Nikt z obecnych na pokładzie ludzi nie miał sposobności ujrzeć jej na własne oczy, ale wszyscy mieli widzieli pozostałości po ataku, kiedy zawijali do ponownie otwartego portu. Zatoka pełna była unoszących się na wodzie wraków oraz ciał, których nie zdążono jeszcze wyłowić. Tu i ówdzie stada padlinożernych ptaków obsiadały trupy tak szczelnie, że nie sposób było dostrzec pod nimi zwłoki, a jedynie całuny piór, dziobów i czarnych ptasich oczu. Częściowo zatopione na płyciźnie okręty wciąż dogasały buchając w niebo kłębami dymów łączących się w wiszącą nad miastem zasłonę, której nie potrafiły rozpędzić nawet silne podmuchy morskiej bryzy.

     Lecz ślady walk na wodach przybrzeżnych były niczym w porównaniu ze zniszczeniami poczynionymi w samym porcie. Nadpalone i strzaskane doki usiane były wrakami cryxiańskich statków, które staranowały nabrzeża wyrzucając na ich kamienne nawierzchnie rzesze najeźdźców. Głębokie szramy po armatnich pociskach znaczyły na całej długości mury miasta, a jeden z ogromnych portowych żurawi wisiał połamany na wielkich łańcuchach na podobieństwo strzaskanego skrzydła wielkiego ptaka. Ludzie ładujący na pokład Demetriusa skrzynie z zapasami opowiadali o bitwie ściszonymi głosami, twierdząc, że Wysoka Brama znalazła się na krawędzi upadku i że flota najeźdźców była największą z armad Cryxu rzuconych kiedykolwiek na wybrzeże kontynentu. Opowiadali, że dowodził nią monstrualny generał, bestia w skórze trollaka, która nie chciała umrzeć. To właśnie jego potworni wojownicy zdołali jakimś cudem dopaść jeden z żurawi podnoszących w górę cygnarskie okręty i wdrapali się w górę łańcuchów z wstrząsającą pogardą dla własnego życia, stawiając swe zdeformowane stopy na murach, które nigdy wcześniej nie zaznały dotyku nieprzyjacielskiego buta.

     Corley pomyślał w pewnej chwili, że może lepiej byłoby mu obejrzeć samą bitwę, a nie jej pozostałości. Miał sposobność widywać wcześniej bitwy, chociaż zawsze z pewnej odległości i sądził, że w ich chaosie i rwetesie łatwo było zapomnieć o rozmiarach konfrontacji. Uwaga człowieka skupiała się wówczas na następnym mieczu, na następnym żołnierzu, na następnej nieprzyjacielskiej salwie. Nie widziało się wówczas całego ogromu bitwy. Płynąc poprzez zatokę przy Wysokiej Bramie, patrząc na rzesze próbujących reperować umocnienia ludzi, młody sternik chłonął wzrokiem rezultaty najazdu. Wyobraźnia podpowiadała mu wizje mrowia czarnych okrętów wyrzucających na nabrzeża portu nieprzeliczone zastępy wynaturzonych najeźdźców. Stojąc na pokładzie i odprowadzając Wysoką Bramę spojrzeniem ściskał w dłoni tak silnie Radiancję Morrowa, że amulet odcisnął mu na skórze głębokie pręgi. Otrzymał go w darze od swej babci. Wybrawszy się kiedyś w pielgrzymkę do Najwyższej Katedry, dostąpiła zaszczytu pobłogosławienia talizmanu przez samego Patriarchę, a kiedy wróciła do Sadyby Finna, niewielkiej rybackiej osady opodal Merciru, oddała Radiancję wyruszającemu na morze wnukowi. Trzymając amulet w dłoni sternik zawsze czuł nadnaturalną protekcję, wrażenie czyjejś opieki strzegącej go bez względu na rozmiary sztormu.

     Wiara w Morrowa pozwala wierzyć, powiadała babka, że człowiek może uczynić coś więcej niż tylko znosić przeciwności i trudy codziennego życia. Człowiek może nad nimi zapanować.

     Corley przypomniał sobie te słowa obserwując kątem oka szczątki roztrzaskanych wraków unoszące się na falach przy burcie szkunera.

     Obecność żołnierzy i wspomnienie zniszczeń w Wysokiej Bramie sprawiały, że wszyscy żeglarze mieli nerwy napięte jak postronki, ale ich myśli zparzątało coś jeszcze. Duggan, wielki i niebywale przesądny marynarz, którego rodzice wywodzili się z Khadoru wciąż rozprawiał z przejęciem o czymś, co zagnieździło się pod pokładem szkunera.

     "Nie wiem, co to takiego" burczał, kiedy inni członkowie załogi wypytywali go o szczegóły "Ale coś tutaj jest". Po czym opisywał dziwne odgłosy słyszane nocą gdzieś przy zęzie oraz dziwny odór, jakoby podobny do smrodu goraksa.

     Reszta załogi początkowo bezlitośnie z niego drwiła, kiedy jednak zawzięcie obstawał przy swoim mimo ich złośliwych docinków, pozostali marynarze również zaczęli przejawiać rosnące zdenerwowanie. Nikt nie czuł się bezpiecznie po widoku zastanym w Wysokiej Bramie, toteż nie trzeba było wiele czasu, by ludzie zaczęli szeptać niespokojnie o przemyconym na pokład skrzatuchu bądź czymś jeszcze gorszym. W końcu bosman nie wytrzymał i poprosił kapitana o zgodę na dokładne przeszukanie całego statku, od dna po maszty, tylko po to, by uspokoić przesądnych marynarzy. Kapitan musiał tę prośbę odrzucić, bo bosman wrócił z jego kajuty rozzłoszczony i potrząsający głową, a kiedy marynarze próbowali wyciągnąć od niego szczegóły, ofuknął ich wściekle zalecając więcej odwagi i powrót do obowiązków.

     Pierwszej nocy po opuszczeniu Wysokiej Bramy pojawiła się gęsta mgła. Przesycona czerwonym blaskiem zachodzącego słońca, zniekształcała zarysy odległych wysp Strzaskanego Wybrzeża nadając im wygląd sterczących z morza czarnych grotów. Kiedy słońce zaszło, lepkie mgliste opary pochłonęły cały szkuner. Wiatr ustał niemal całkowicie, a w ciemnościach słychać było tylko dźwięk pokładowego dzwonka. Kajuta kapitana znajdowała się zaledwie dwadzieścia kroków od koła sterowego, za którym stał Corley, a mimo to młody żeglarz nie potrafił dostrzec w mgle nawet światła zawieszonej przy drzwiach nadbudówki latarni.

     Kapitan zjawił się w pewnej chwili przy sterniku, każąc mu starannie pilnować obranego kursu.

     "Są tutaj rafy i Morrow jeden wie jakie jeszcze straszne rzeczy, w tych przeklętych wodach. Nie widać w tej mgle nawet rzuconego przed dziób kamienia" powiedział dowódca szkunera "Trzymaj ster i nasłuchuj ostrzeżeń wachtowych".

     Corley ściskał koło sterowe w mokrych od zimnego potu dłoniach, czując narastającą ulgę na widok znikających w ciemnościach nocy czarnych wysep. Wtedy właśnie zaczęły się budzące lęk dźwięki. Na początku sternik przekonany był, że jakiś element konstrukcji szkunera uległ niezrozumiałemu uszkodzeniu budząc poruszenie wśród załogi. Tak to z reguły brzmiało: pokrzykiwania ludzi biegających pod pokładem, jakieś stukoty i trzaski. Lecz wówczas pokrzykiwania przeszły w przerażone krzyki. Sternik sam też wrzasnął, próbując przeniknąć wzrokiem spowity mgłą pokład w zamiarze odnalezienia jakiegoś marynarza mogącego udzielić mu jakichkolwiek wyjaśnień. Nigdzie nikogo nie dostrzegł. Siedzący w bocianim gnieździe wachtowy zasypał go z góry pytaniami, toteż odkrzyknął, że nie ma pojęcia, co się dzieje.

     Dziwnie zniekształcony oparami mgły, w powietrzu rozszedł się dźwięk bicia w alarmowy dzwon. Koło sterowe ożyło w rękach młodzieńca wyrywając się z jego uścisku, zaczęło wirować w szaleńczym tempie odwracając dziób szkunera w kierunku czarnych wysp. Marynarz chwycił je z całej siły wkładając ogromny wysiłek w jak najszybsze przywrócenie poprzedniego kursu. Ponad łoskotem bijącego szaleńczo serca usłyszał kolejne krzyki i wrzaski, przekleństwa miotane głosem kapitana, a potem niemożliwy do pomylenia z czymkolwiek huk karabinowych wystrzałów - nie palby z przewożonych na pokładzie garłaczy, tylko prawdziwych wojskowych karabinów. A potem odgłos walki na śmierć i życie.

     Rwetes ucichł równie nagle jak się rozpoczął. Na pokładzie Demetriusa zapadła przejmująca, dźwięcząca w uszach cisza. Corley wpadł na pomysł unieruchomienia steru za pomocą sznurka i ostrożnego sprawdzenia sytuacji pod pokładem, ale strach dosłownie przykuł go do stanowiska przed kołem sterowym, przyśpieszając bicie serca i obracając żołądek w bryłę lodu. Przyciskając ster ramieniem młodzieniec złapał w drogą dłoń zawieszoną na szyi Radiancję, szepcząc pod nosem słowa modlitwy do Morrowa i wniebowziętego Doletha, patrona żeglarzy.

     Gdzieś za plecami usłyszał odgłosy kroków, wpierw pośpieszne, potem połączone z dźwiękiem głuchego uderzenia, przywodzących na myśl hałas czyniony przez rzucane na deski pokładu worki z prowiantem. Okręcając głowę ponad ramieniem sternik dostrzegł w gęstej mgle ledwie rozpoznawalny zarys poruszającej się wzdłuż pokładu postaci.

     "Kto to?" wyrzucił z siebie przerażony ochrypłym brzmieniem własnego głosu, sprowadzonego przez przemożny lęk do zduszonego szeptu. Do jego uszu dobiegł kolejny dźwięk, tym razem przypominający krok stawiane przez pancerne nogi pracującego w porcie parobota. Myśli sternika jeszcze przyśpieszyły na owe wspomnienie. Szkuner nie przewoził żadnego parobota, a jeśli nawet taki ładunek mógłby się znaleźć na manifeście statku, Corley nie widział możliwości ku temu, by machina zdołała wydostać się bez pomocy dźwigu na pokład. Przerażający był też brak śladu życia ze strony reszty załogi. Sternik wciąż nie wiedział, czy szkuner padł ofiarą ataku, ponieważ przed nadejściem mgły nigdzie nie widział żadnych innych statków. Jego gorączkowe rozważania mogłyby toczyć się w nieskończoność niczym wystrzelone z zepsutego mechanizmu zębate przekładnie, gdyby nie ciemny kształt, który wychynął w końcu z ciemności i mgły.

     Corley ujrzał wpierw oczy, fosforyzujące na czerwono niczym wyciągnięte z żaru węgliki, niczym rozświetlona krew obrócona wpierw w kryształ. Z głowy i barków potwornego kształtu sterczały kościane narośla przypominające do złudzenia wielkie rogi, a jego skóra miała barwę zieleni tak ciemnej, że niemal czarnej. W jednej garści potwór trzymał ogromny topór, zbyt ciężki nawet dla połączonych sił pary dorosłych mężczyzn i ociekający krzepnącą posoką. Bijący od intruza odór drapieżnika, przesiąknięty fetorem zepsutego mięsa, natychmiast przypomniał sternikowi o wcześniejszych podejrzeniach Duggana. Kiedy Corley był dzieckiem, panicznie lękał się skrzatuchów, potworów ukrytych pod jego łóżkiem. Żyjąc w pobliżu oceanu nieraz słyszał opowieści o Cryxie i okropnych wynaturzeniach zamieszkujących te przeklęte wyspy. Jego babka zawsze zjawiała się zaalarmowana sennymi krzykami chłopca, przynosząc ukojenie i zostawiając przy posłaniu zapaloną świeczkę mającą odstraszać nocne mary.

     Spoglądając w czerwone oczy i wyszczerzoną paszczękę intruza Corley pojął w ułąmku chwili, że przyszło mu w końcu stanąć twarzą w twarz z potworem ze swoich snów. I że żadna ze świec Caenu nie zdoła tej bestii zatrzymać.

     Ku całkowitemu zaskoczeniu sternika potwór wcale go nie zabił. Zbliżał się coraz bardziej, dopóki nie znalazł się dość blisko, by młodzieniec czuł wyraźnie ohydny gorący fetor jego zwierzęcego oddechu. Człowiek dosłownie skamieniał, jedną zbielałą od wysiłku dłonią ściskając koło sterową, drugą zaś zgniatając Radiancję w palcach tak mocno, że w niektórych miejscach rozcięta metalem dłoń zaczęła krwawić.

     Bywając w portach Corley nieraz pracował z ogrunami czy nawet parobotami, ale górujący nad nim potwór jawił się teraz sternikowi największą widzianą kiedykolwiek w życiu istotą. Stwór był niczym dorosły pochylony nad małym dzieckiem, a jego kościane guzy i tarczki znaczyły skórę przywodzącą na myśl żywy kamień. Trzymał ogromny topór z taką samą łatwością, z jaką rybacy zwykli dzierżyć noże do patroszenia ryb, pochylając się coraz niżej nad sternikiem. Sparaliżowany grozą mężczyzna przyjął za pewnik, że bestia zamierza odgryźć mu głowę. Modląc się desperacko zacisnął powieki gotowiąc się na zionęcie cuchnącego oddechu i ból przyniesiony sterczącymi z paszczęki zębami. Zamiast tego stwór przemówił.

     Sternik potrzebował krótkiej chwili, by ów fakt sobie uświadomić. Bestia mówiła w schardiku, a Corley nie znał tego dialektu zbyt dobrze, kiedy jednak intruz powtórzył swe słowa zawieszając ostrze topora ponad głową człowieka, sternik pojął sens usłyszanego pytania, wypowiedzianego głosem przywodzącym na myśl dwa trące o siebie młyńskie kamienie.

     "Potrafisz poprowadzić ten statek, kapłanie?"

     Otępiały z grozy Corley skinął bezwolnie głową. Przez umysł przemknęła mu myśl, że dotarł do tej części sennego koszmaru, gdzie pożerający wnętrzności członków rodziny potwór zwykł przerywać upiorną ucztę zadając pytanie "Czy wiesz, że nadszedł twój czas?". Bezgranicznie zdumiony pytaniem, młodzieniec poczuł jeszcze silniejszy wstrząs, kiedy bestia wzięła jego mimowolne kiwnięcie głową za potwierdzenie i zaczęła oddalać się w głąb pokładu.

     "Pilnuj steru" rzucił ponad ramieniem potwór "Niebawem podam ci nowy kurs".

     Corley poczuł mięknące kolana, opierając się w próbie zachowania równowagi o koło sterowe. Wstrzymujący od dłuższej chwili oddech, zaczerpnął rozpaczliwie powietrza w tym samym momencie, kiedy stwór przemówił ponownie znikając jednocześnie we mgle.

     "Jeśli wypuścisz ster z ręki, wypatroszę cię i zjem".

     Mgła zniknęła dopiero o świcie. Do tego czasu Corley zdążył już sobie poukładać wszystko w głowie pojmując, co się właściwie stało. Duggan miał od początku rację: potwór przebywał na statku od chwili opuszczenia Wysokiej Bramy, ukrywając się głęboko pod pokładem i czekając na sposobność do ataku, kiedy szkuner wyjdzie na otwarte morze, poza zapewniający bezpieczeństwo kordon cygnarskiej marynarki. Tam nie było nikogo, kogo można było błagać o pomoc, a próba wyskoczenia za burtę oznaczała skazanie na powolną śmierć.

     Kiedy wyczerpany ponad wszelką miarę sternik ujrzał światło poranka, ledwie trzymając się na nogach ze zmęczenia, bestia wychynęła z obranej na leże kabiny kapitana. Kiwnąwszy więźniowi głową ogromny trollak minął sterowe koło zmierzając w przeciwną stronę pokładu.

     Nie wypuszczając steru z rąk Corley obrócił się w miejscu odprowadzając stwora wzrokiem. Pomimo ogromnych rozmiarów intruz poruszał się z wielką płynnością ruchów, nie tyle pełnych gracji, co przerażającej pewności siebie. Roztaczał wokół siebie aurę prawdziwego drapieżnika, której wrażenie przyprawiało sternika o lodowate ciarki.

     Potwór zniknął w ładowni, z której chwilę później dobiegły jakieś huki i trzaski zakończone przeraźliwym ludzkim skowytem. Corley wypuścił z rąk koło sterowe i przekradł się w stronę wiodących do ładowni schodków, ale po zrobieniu trzech kroków zawrócił na swe stanowisko. Cokolwiek wydarzyło się pod pokładem, jeden sternik nie miał na to najmniejszego wpływu, przynajmniej jeszcze nie teraz. Noszona pod koszulą Radiancja wydawała się ciepła w dotyku, kiedy młodzieniec oplótł ją palcami wracając za koło sterowe.

     Bestia zjawiła się na pokładzie krótką chwilę potem, pchając przed sobą dwóch marynarzy wybranych do pracy przy żaglach. Stał pod masztem przez dłuższą chwilę upewniając się, że uwolnieni spod pokładu więźniowie skupieni są na robocie, a nie knuciu jakiegoś spisku, po czym podszedł do sternika. Stając po przeciwnej stronie koła stwór przyjrzał się uważnie młodemu mężczyźnie, spoglądając na niego niczym człowiek rozważający kupno kobyły. Ruchem zaskakująco błyskawicznym, pozornie wręcz zbyt szybkim dla tak ogromnej istoty, trollak schwycił sternika za podbródek.

     "Ten statek należy teraz do mnie" oznajmił "Czy pojmujesz me słowa? Wszyscy jesteście moimi więźniami, dopóki możecie mi się do czegoś przydać, potem zaś staniecie się jadłem. Twoim zadanie jest poprowadzenie tego statku, kapłanie. Dopóki potrafisz to czynić, jesteś dla mnie przydatny. Jeśli stracisz tę przydatność, stracisz też życie".

     Stwór wypuścił brodę człowieka z mocarnego uścisku. Kości szczęki Corley'a bolały potwornie w miejscach, gdzie ścisnęły je potężne palce intruza. Młodzieniec wyprostował się mimo przemożnego zmęczenia, złapał silniej za ster próbując nie odwracać wzroku na widok gorzejących czerwoną gorączką oczu bestii.

     "Nie jestem kapłanem" oznajmił budzącym poczucie wstydu cienkim głosem, pełnym lęku.

     "Nosisz przy sobie amulet swego słabego boga, tak? Odmawiasz modlitwy?" zapytał trollak, a kiedy Corley kiwnął słabo głową, dodał "To czyni cię w mych oczach kapłanem".

     Resztę historii Corley złożył w całość dzięki szeptanym pośpiesznie opowieściom marynarzy zapędzonych do pracy przy żaglach. Kiedy potwór przestawał zwracać na nich uwagę, przybliżali się nieznacznie do sternika przekazując mu strzępki informacji, które w głowie młodzieńca utworzyły w końcu kompletną całość. Opowiedzieli mu jak pod osłoną nocy i mgły potwór pojawił się znienacka pod pokładem, zaskakując większość żeglarzy i zmuszając ich do posłuszeństwa bez zbytecznego ubiegania się do przemocy. Żołnierze próbowali stawiać opór. Na oddział składali się dobrze wyszkoleni strzelcy wyborowi i rangerzy, a ich karabiny sprawiały się świetnie na setce jardów, ale w obliczu bestii nie mieli żadnych szans. Intruz przyłapał ich w ciasnej przestrzeni pod pokładem, zmuszając do walki w otoczeniu, w którym broń palna traciła wiele ze swej przydatności. Kilku strzelających dość celnie, by trafić bestię ujrzało swe pociski przechodzące na wylot przez cielsko stwora bądź odbijające się od jego skóry.

     "On zabił ich wszystkich" wyszeptał drżącym głosem Bray "A potem niektórych zjadł, a innych wrzucił do ładowni jakby to były połcie solonej wieprzowiny".

     Bray mówił o zabójcy używając słowa "on", ale Corley nie potrafił postrzegać stwora w takim świetle. Dla niego był to potwór, nie osoba. Bestia zabiła również kapitana, chociaż ten nie próbował się opierać, błagał o życie i oferował napastnikowi dowództwo nad statkiem. Umarł mimo swych błagań, z gardłem rozdartym pazurami potwora. Po dokonaniu rzezi intruz zapędził resztę pojmanych żeglarzy do jednej z kabin i tam ich zamknął.

     Gdy wrócił pod pokład następnego dnia - o poranku, kiedy Corley usłyszał dobiegające z dołu krzyki - marynarze podjęli próbę obezwładnienia go i ucieczki z kabiny. Lecz bestia po prostu zatrzasnęła otwarte przez siebie drzwi, w pojedynkę odpychając nimi ośmiu dorosłych mężczyzn.

     "Zrobił to jakbyśmy nic nie ważyli" wyszeptał trwożnie Gilroy "Lucas nie zdążył schować ręki, kiedy drzwi się zatrzasnęły. Kości trzasnęły mu w jednej chwili. Próbowaliśmy naprzeć na drzwi, żeby mu pomóc, ale tamten zamknął je do końca i obciął nimi tę rękę". Potem stwór otworzył ponownie drzwi i zaczął się przyglądać stłoczonym w środku marynarzom. Pozbawiony ręki Lucas stracił z upływu krwi przytomność, toteż trollak złapał go za kikut kończyny i wrzucił do ładowni pomiędzy ciała swych wcześniejszych ofiar.

     Drugiej nocy potwór zjawił się przy sterze oglądając przez dłuższy czas prowadzącego szkuner człowieka. Nic nie mówił, tylko patrzył. Corley zebrał w sobie każdą cząstkę odwagi, każdą uncję iluzorycznej stali wlanej w kręgosłup. Ściskając palcami jednej dłoni ukrytą pod bluzą Radiancję, chrząknął otwierając jednocześnie usta.

     "Jeśli mam dalej prowadzić ten statek, będę potrzebował spoczynku i jedzenia".

     Potwór spoglądał w milczeniu jeszcze przez chwilę, potem zaś wykrzywił swą paszczękę w wyrazie mogącym sugerować cień uśmiechu.

     "A jeśli nic nie dostaniesz?"

     "Wówczas będę stał przy kole, dopóki nie padnę, ale będę sterował coraz gorzej, a na tutejszych wodach może to znaczyć choćby wpadnięcie na skały".

     Słysząc tę odpowiedź potwór uśmiechnął się szerzej, w odstręczający okrutny sposób.

     "Masz dwie godziny" oznajmiła bestia "Wybierz swego zmiennika i upewnij się, że jest w tym dobry, ale nie za dobry, bo wówczas może nie będę cię już potrzebował".

     Pierwszej próby ataku podjął się jeden z najświeższych stażem żeglarzy, Hitchens, który przeniósł się na Demetriusa z innego statku. Hitchens nie cieszył się sympatią reszty załogi. Miał mało sympatyczne usposobienie i obnosił się hardo z brzydką blizną przecinającą większą część jego twarzy. Plotka głosiła, że swego czasu brał udział w walkach na arenie. Był dobry w żeglarskim fachu i nikt nie zadzierał z nim więcej niż jeden raz. Z nikim nie uzgodnił planu, nie dał nawet po sobie znać, że ma jakiś plan. Być może miałby więcej szczęścia, gdyby nie działał zbyt impulsywnie.

     Kiedy przypadła jego pora na pracę przy żaglach, porzucił obowiązki wkradając się w zamian na dach kapitańskiej kajuty i czekając, aż bestia wyjdzie na zewnątrz. Corley i Duggan, drugi żeglarz wyznaczony do pracy na pokładzie, spostrzegli poczynania swego towarzysza, lecz poprzestali jedynie na wymianie spojrzeń nie wiedząc za bardzo, co samemu zrobić.

     Kiedy potwór wyszedł z kapitańskiej kajuty, Hitchens skoczył mu na plecy. Znalazł gdzieś wcześniej szablę i ciął nią teraz z rozpędu w głowę bestii. Corley widział wszystko doskonale z miejsca za kołem sterowym. Był to bardzo wprawny atak. Hitchens nie od parady uchodził za człowieka o instynkcie wojownika i poruszał się z szybkością drapieżnego kota, ale i potwór był nadzwyczajną istotą. Kiedy Hitchens znajdował się jeszcze w powietrzu, bestia okręciła się w miejscu unosząc w górę jedną ze swych rąk. Ostrze szabli odcięło gładko dwa wielkie paluchy trollaka i zatrzymało się na trzecim, a wówczas potwór zacisnął pozostałości swej dłoni na rękojeści szabli, dłoni Hitchensa oraz jego nadgarstku za jednym razem. Gdy intruz zacisnął mięśnie, spomiędzy jego palców trysnęła krew, a powietrzem wstrząsnął przeraźliwy krzyk człowieka.

     Potwór wciąż trzymał w drugiej ręce swój ogromny topór, toteż Corley przekonany był, że użyje go do rozpłatania Hitchensa na dwie połcie. Zamiast tego trollak wbił ostrze topora w deski pokładu, a potem złamał trzymane przez siebie ramię żeglarza. Zrobił to tak spokojnie i z taką łatwością, jakby na podobieństwo dziecka obrywał płatki z kwiatu. Zaraz potem złamał Hitchensowi drugą rękę, a po niej obie nogi w kolanach i rzucił swą ofiarę na pokład.

     Hitchens runął na deski niczym worek połamanego drobno chrustu, poruszając ustami w daremnej próbie wydania kolejnego krzyku zastąpionego jedynie chrapliwym świstem uchodzącego z płuc powietrza. Potwór obejrzał się w kierunku pozostałych marynarzy. Duggan tkwił w bezruchu ze zwiniętą liną zapomnianą w rękach, Corley ściskał kurczowo sterowe koło walcząc z przemożną chęcią wymiotów. Upewniwszy się, że obaj jeńcy go widzą, potwór podniósł Hitchensa za jedną z nóg w górę, rozwarł szeroko swą paszczękę i zaczął jeść.

     Wzbierające w gardle wymioty omal sternika nie zadusiły. Przekręcając się w bok Corley zaczął zwracać skąpą zawartość żołądka za reling szkunera. Do jego uszu docierał zduszony wizg pożeranego żywcem Hitchensa, dopóki ten szczęśliwie nie stracił przytomności, potem zaś jedynie przerażające mlaskanie. Kiedy ocierający usta sternik wrócił na swe stanowisko, potwór wciąż się posilał, a Duggan wciąż patrzył, skamieniały z przerażenia i trupioblady. Lecz to nie widok zdjętego grozą Duggana przykuł niepodzielnie uwagę sternika i nawet nie poruszające się rytmicznie szczęki potwora pożywiającego się Hitchensem, lecz okaleczona dłoń bestii. Dwa odcięte szablą palce wciąż leżały na deskach pokładu, ale same kikuty zaczęły się zasklepiać na oczach zmrożonego tym widokiem Corley'a. W miarę jak potwór się posilał, jego palce odrastały na oczach skamieniałych marynarzy.

     Corley znał ludzi, którzy pracowali razem z trollakami, słyszał zatem to i owo o tych istotach. Był świadomy ich wysokiej odporności na najcięższe rany i wiedział, że potrafiły leczyć pozornie śmiertelne obrażenia mając do dyspozycji wystarczająco dużo pożywienia i czasu, ale widok ujrzany na pokładzie szkunera wykraczał dalece poza najbardziej niezwykłe opowieści.

     Kiedy potwór skończył jeść, wyrzucił pozostałości po Hitchensie za burtę niczym człowiek pozbywający się ogryzionego jabłka, a potem podniósł swój topór i Duggana, niosąc żeglarza jakby nic on nie ważył mimo faktu, że Duggan uchodził nie bez powodu za największego marynarza na pokładzie. Duggan opowiedział później sternikowi, że potwór zaniósł go do kabiony pełniącej rolę karceru, otworzył drzwi i wrzucił więźnia do środka, a potem wyciągnął innego żeglarza za rękę na zewnątrz i zdekapitował jednym ciosem topora. "Za każdego, który spróbuje jakiejś sztuczki, zabiję dwóch" oznajmiła bestia zatrzaskując drzwi i wlokąc do swej spiżarni następne ciało.

     Wierny danej obietnicy, potwór każdego dnia pozwalał sternikowi odpocząć i zabrać nieco jedzenia z ładowni, usłanej częściowo pożartymi ciałami ludzi. Po upływie dwóch godzin poświęcanych na niespokojną drzemkę intruz budził Corley'a szturchnięciem trzonka topora zmuszając go do ponownego zajęcia miejsca za sterem. Sternik szybko stracił poczucie upływu czasu, mierząc go nie tyle wschodami i zachodami słońca, co zarządzanymi przez potwora przerwami na sen. Młodzieniec czuł dziwną gorączkę, ale stojąc za sterem trzymał koło w kurczowym uścisku, nie pozwalając sobie nawet na przelotne zamknięcie oczu bądź inną oznakę słabości. Modlił się w milczeniu do Morrowa i świętego Doletha, czując na ciele pod ubraniem ciepło Radiancji dającej mu siłę i otuchę na podobieństwo promieni słońca przenikających przez grubą warstwę burzowych chmur. Przyrzekł sobie na grób babci, że wyjdzie z tej strasznej opresji z życiem, że przetrwa.

     Nie miał pojęcia, ile zostało mu czasu przed dotarciem do celu podróży, ale podejrzewał najgorsze. Wyspy Cryxu znajdowały się opodal kontynentu, dużo bliżej wybrzeża Immorenu niźli jego mieszkańcy by sobie tego życzyli, a sam szkuner przemierzał morze od kilku dni. Coraz częściej wzrok sternika napotykał wyrastające z morskiej toni czarne skały, porośnięte gęstą dżunglą i przerażające swą nieujarzmioną dzikością. Corley wiedział, że już niebawem na horyzoncie pojawi się sam Cryx, niczym wynurzający się z otchłani oceanu lewiatan. Nigdy wcześniej nie widział na własne oczy wysp Imperium Koszmaru, ale potrafił je sobie wyobrazić jako najbardziej złowieszcze i wrogie miejsce na świecie. W myślach widział wyobrażenie czarnych skał równie ostrych jak zęby potwora dzierżącego władzę na pokładzie szkunera, wielkie klify zdolne roztrzaskać w drobne drzazgi największe okręty i deszczowe lasy pełne wilgotnego mroku i drapieżnego głodu. Cryx miał być końcem jego podróży, lecz zarazem i początkiem koszmarnej udręki. Sternik nie spotkał się jeszcze z żadnym nieumarłym wynaturzeniem pochodzącym z armii Cryxu, ale widział wiele martwych ciał na plażach Wysokiej Bramy i miał w swej pamięci wiele mrożących krew w żyłach opowieści innych marynarzy. Wiedział, że na czarnych plażach czeka go los gorszy od śmierci, dlatego modlił się z całych sił o wybawienie do Morrowa. O wybawienie bądź dość silną wolę, aby w ostatniej chwili podróży skierować szkuner na rafy i oszczędzić sobie wieczystego potępienia.

     Był tak pogrążony w mrocznych myślach, że kiedy w ciemnościach nocy dobiegł go czyjś głos płynący spośród żagli szkunera, uznał go w pierwszej chwili za odpowiedź wygłoszoną ustami samego Morrowa. Bóg wreszcie go wysłuchał! Młodzieniec poderwał w górę głowę, próbując przeniknąć wzrokiem ciemność zalegającą za blaskiem bijącym od zawieszonej przy sterze latarni.

     "Nie rozglądaj się, głupcze" wysyczał głos "Patrz przed siebie i słuchaj".

     "Kim jesteś?" wyszeptał niemal bezgłośnie Corley, lękając się jednocześnie, że mówi zbyt cicho, by tajemniczy rozmówca go usłyszał. Zresztą może rozmówca ten nawet nie istniał, będąc jedynie wytworem skrajnie przemęczonej wyobraźni człowieka.

     "Kapral Renny Atbridge, do usług" odpowiedział głos, tym razem nabierając wreszcie wyraźnie kobiecego brzmienia. Miał dziewczęcą nutę i natychmiast przypomniał sternikowi młodą kobietę należącą do przewożonego szkunerem oddziału wojska, splatającą swe rude włosy w koński ogon. "Słuchaj uważnie, bo nie mogę zbyt długo rozmawiać. Byłam w ładowni sprawdzić nasze zapasy, kiedy to coś przejęło statek. Zanim zdołałam się stamtąd wydostać, było już po wszystkim. Nie miałam szans, żeby pomóc, a może się za bardzo bałam, to już bez znaczenia. Ukrywałam się na pokładzie od tego czasu, ale czas już się kończy, bo prawie dotarliśmy do Cryxu. Mamy ostatnią szansę, żeby go zatrzymać".

     "Nie możemy go pokonać" odszepnął Corley "Nie widziałaś, do czego jest zdolny?"

     "Możemy" oznajmiła Renny, głosem nie dość zdecydowanym, by Corley uznał jej determinację za bezgranicznie odważną "Musimy, bo to, co czeka nas u kresu tej podróży jest znacznie gorsze od wszystkiego, co może nam zrobić ten potwór".

     Słowa dziewczyny pokrywały się niemal całkowicie z wcześniejszymi myślami sternika, co sprawiło, że Corley poczuł się znienacka bardzo spokojny. Dostrzegł w tym splocie przypadków boską rękę, czyż bowiem nie tak objawiał swą wolę Morrow, manifestując ją za pośrednictwem innych ludzi?

     "Masz jakiś plan?" wyszeptał głosem, w którym zadźwięczała powracająca pewność siebie.

     "Mam" odparła dziewczyna "ale będziemy potrzebowali wszystkich rąk na pokładzie".

     Corley uniósł w górę wzrok, chociaż Atbridge go przed tym przestrzegała. Próbując przeniknąć spojrzeniem ciemność odniósł wrażenie, że ją dostrzega na jednym z masztów, niewielką, niemal dziecięcą. Chciał jej się przyjrzeć, by zyskać pewność, że wie, co mówi i że jest przekonana o słuszności własnego pomysłu, ale pojął znienacka, że nie ma to i tak większego znaczenia. Pamiętał opowieści zasłyszane w dziecięcym wieku, historie o Molgurze i Orgotach, o potworach porywających pod osłoną nocy ludzi tak długo, dopóki ludzie nie zjednoczyli się budując mury i rozpalając pochodnie stawiające odpór ciemności. Jeden człowiek nie miał szans na powstrzymanie potwora władającego szkunerem, ale połączonymi siłami załoga mogła tego dokonać. Spoglądając znów przed siebie wzmocnił uścisk na kole sterowym. Czuł jasność myśli, której nie zaznał od chwili, w której potwór po raz pierwszy wychynął z mgły.

     "Powiedz mi, co mam zrobić" poprosił zwracając się zarówno do Morrowa jak i ukrytej wśród żagli Renny Atbridge.

     Plan Renny wydawał się prosty w teorii, ale jego wdrożenie w życie nie było równie łatwe. Wyganiani do pracy na pokładzie żeglarze wychodzili nań tylko parami, toteż potrzeba było sporo czasu, by rozpowszechnić wśród nich odpowiednie informacje. Co gorsza, Renny nie mogła wziąć bezpośredniego udziału w konfrontacji. Zdołała zachować swój karabin, ale potrzebowała dogodnej sposobności do oddania śmiertelnego strzału i nie mogła z tego powodu opuścić kryjówki. To oznaczało, że odpowiedzialność za realizację planu spadła na Corley'a.

     Corley nie był wojownikiem, nigdy się za takiego nie postrzegał. Ćwiczył wcześniej walki abordażowe, ale nigdy nie miał sposobności do sprawdzenia swych umiejętności w praktyce. Los oszczędzał mu do tej pory udziału w walce, nawet w portowej bijatyce na pięści, a jeden jedyny raz, kiedy jego druhowie wszczęli burdę w tawernie, wymierzony drewnianym stołkiem pierwszy cios z miejsca odebrał mu przytomność. Wielu pływających wraz z nim żeglarzy wybrało życie na morzu, ponieważ mieli zbyt awanturnicze charaktery, by pozostać na lądzie. Ułożone życie w miastach i miasteczkach nie zdołałoby okiełznać ich gwałtownego temperamentu. Byli twardymi ludźmi, oswojonymi z przemocą i śmiercią. Corley postrzegał się w zamian za człowieka urodzonego do prowadzenia statków. Nie wybrał żeglarskiego rzemiosła, ponieważ nie lubił życia na lądzie, lecz dlatego, że prawdziwie żywy czuł się jedynie na pokładzie. Z morską tonią pod stopami i wiatrem w żaglach, stawał się jednością ze swoim statkiem. Poradził sobie z życiem wśród bardziej gwałtownych ludzi pomimo łagodnego usposobienia właśnie dzięki temu talentowi i teraz zyskiwał skrytą nadzieję, że zdoła wynieść głowę cało z opresji. Był najlepszym sternikiem spośród wszystkich obecnych na pokładzie, a jednocześnie potwór najwyraźniej nie postrzegał go za godne swej uwagi zagrożenie.

     Wszystko zdawało się sprzyjać spiskowcom. Wspólnymi siłami mogli pokazać potworowi, ile są warci, kiedy pokładają wiarę w sobie nawzajem i bogu. Czerpiąc z tego przekonania siłę, postanowił zwalczyć własny lęk i niechęć do przemocy.

     W stosownym momencie zadaniem Corley'a było odwrócenie uwagi potwora na tyle długo, by dwaj inni przebywający na pokładzie marynarze - Gilroy i Bray, służący na Demetriusie znacznie dłużej od samego sternika - zdążyli uwolnić resztę więźniów. Jeden człowiek nie zdążyłby tego zrobić, bo potwór zastawił wejście do brygu skrzyniami armatnich kul, których w pojedynkę nie ruszyłby z miejsca nawet najsilniejszy żeglarz. Działając w parze, marynarze mogli sobie z tym jednak poradzić pod warunkiem, że Corley kupiłby im dość czasu na działanie. Uwolnieni z kabiny i uzbrojeni w jakikolwiek znaleziony naprędce oręż, więźniowie mieli wydostać się gromadnie na pokład. Pochwycony pomiędzy gromadę żeglarzy oraz karabin Renny, intruz stawał się w oczach sternika znacznie mniej wszechwładny. Nikt nie liczył na to, że trollaka uda się zabić, ale wszyscy wierzyli, iż dzięki wytrąceniu go z równowagi zdołają wyrzucić napastnika za burtę.

     Kiedy nadeszła najdogodniejsza chwila, Corley poczuł irracjonalny lęk przed porażką. Jego żołądek skurczył się niewyobrażalnie, sprawiając jednocześnie wrażenie wypełnionego lodowatą wodą. Lecz po kilku pierwszych nieskładnie wymamrotanych słowach młodzieniec zdołał w końcu zwrócić na siebie uwagę potwora. Wcześniej układał sobie w myślach odpowiednią konwersację, obracającą się wokół prośby o wodę bądź udawanego zasłabnięcia. Sternik miał w zanadrzu mnóstwo pomysłów, lecz kiedy przyszedł odpowiedni moment, nie sięgnął po żaden z nich. Kiedy intruz stanął przy sterze, kiedy Gilroy i Bray wyślizgnęli się z pokładu w zamiarze uwolnienia pozostałych żeglarzy, Corley zaskoczył samego siebie zadanym wprost pytaniem.

     "Nazywasz mnie kapłanem" powiedział "A ty masz boga?"

     Wyraz spojrzenia potwora zdradził jego zaskoczenie. Trollak milczał przez chwilę, w oczywisty sposób rozważając w myślach odpowiedź.

     "Podążam w cieniu Smoczego Ojca. On nie potrzebuje mojej czci. Jest silny i bez moich modlitw, a ja udaję się w ślad za nim przez wzgląd na tę siłę"

     "Nie składam modlitw do Morrowa, by uczynić go silniejszym" odparł Corley, zdumiewając samego siebie odnalezioną w sercu odwagą.

     "Nie, modlisz się, albowiem jesteś słaby. Prosisz swego boga, by dał ci to, czego pragniesz. By oszczędził ci trudu i cierpienia. Ja nie oczekuję od swego boga niczego. Me cierpienie jest moim udziałem. Cierpię, by przez to stać się jeszcze silniejszym. Lecz Smoczy Ojciec jest najsilniejszy, dlatego podążam za jego wezwaniem. To wszystko"

     Corley nie wiedział, co właściwie odrzec. Nie takiej spodziewał się odpowiedzi, w zamian zaś odniósł wrażenie, że popełnił wielki błąd budując swe wcześniejsze wyobrażenie na temat tej istoty. Młody sternik poczuł wręcz ulgę, kiedy ślepia trollaka znienacka spojrzały w inną stronę, a do uszu człowieka dobiegł dźwięk tupotu stóp o deski pokładu.

     Gilroy i Bray dopięli swego. Uwolnieni z brygu żeglarze wypadli na pokład szkunera uzbrojeni w pałki, kordy i bosaki. Chociaż była ich zaledwie garstka, w oczach sternika urośli do rozmiaru prawdziwej armii. Potwór spojrzał na swego rozmówcę zmrużonymi ślepiami, a potem uśmiechnął się okrutnie i skoczył na spotkanie ludziom.

     Sieć spadła z góry zaskakując swym widokiem sternika. Marynarze musieli ściągnąć ją z umocowanych na pokładzie beczek, zamierzając cisnąć nią na stwora w zamiarze obalenia go na pokład. Lecz potwór okazał się szybszy i chociaż obwieszona obciążnikami sieć spadła na niego przyciskając do desek, swą wolną ręką odrzucił jej krawędź unikając kompletnego oplątania. Wydawszy z gardzieli ochrypły ryk przywodzący na myśl dźwięk stojącego na wyciągnięcie ręki mgielnego rogu, bestia szarpnęła uniesioną kończyną okręcając sobie wokół niej sieć i podnosząc krzepkimi mięśniami obciążniki. Zakręciwszy siecią niczym łańcuchem trollak ruszył w stronę pierzchających na jego widok żeglarzy. Nie czekając ani chwili potwór zakręcił też dzierżonym w drugiej dłoni toporem, trzymając go za sam kraniec długiego styliska. Corley zobaczył jak ostrze topora wgryza się w ramię Bray'a i niemalże przecina tors mężczyzny na dwie części. Bray runął na deski pokładu bryzgając na wszystkie strony krwią.

     W ułamku chwili pole bitwy uległo przerażającej transformacji. Co w pierwszym momencie wydało się sternikowi heroiczną szarżą, przeistoczyło się znienacka w pełen paniki odwrót dźwięczący krzykami ludzi ślizgających się we krwi swego towarzysza. Wówczas to ponad głową Corley'a rozległ się zdumiewający głośny trzask wystrzału, zaskakując swym dźwiękiem nawet przygotowanego nań sternika. Ołowiana kula ugodziła bestię w kark i przeszła na wylot przez cielsko odłupując wielką drzazgę od jednej z desek pokładu. Potwór nawet się nie obejrzał prąc nadal w stronę marynarzy. Dopadł ich w dwóch krokach, wykorzystując broń ludzi przeciwko nim samym, zarzucając na nieszczęśników sieć i obalając ich z nóg. Topór śmigał w powietrzu, a gorąca krew tryskała na pokład niczym wino wyciekające z przewróconego dzbana.

     Palce Corley'a dosłownie zbielały na drewnie koła sterowego. Młodzieniec odwrócił w bok głowę, nie potrafiąc znieść przerażającego widoku. W górze rozległ się następny wystrzał, po nim kolejny. Sternik dostrzegł oczami wyobraźni przyciskającą do ramienia kolbę Renny, obracającą amunicyjny bęben karabinu po każdym kolejnym strzale. Wyobraził sobie krople potu na jej czole, kiedy próbowała mierzyć dość starannie, by ocalić chociaż paru z atakowanych przez trollaka ludzi.

     Na próżno. Topór spadł w dół po raz ostatni i ostatni żeglarz wyzionął ducha dołączając do pryzmy porąbanych okrutnie ciał. Potwór okręcił się na piętach, wciąż nie spoglądając w górę ku masztom, tylko wprost na sternika. W jego czerwonych ślepiach Corley dostrzegł nienawiść, której moc dosłownie przykuwała do pokładu, niczym szpilka przybijająca do sukna owada. Czując lodowaty ucisk we wnętrznościach i miękkie kolana, sternik dosłownie zawisł na kole.

     Kolejny strzał, jawiący się młodzieńcowi zesłanym z niebios gromem. Corley mógłby przysiąc, że dostrzegł gołym okiem spadający z góry pocisk, uderzający w oblicze potwora tuż poniżej lewego oka, przebijający na wylot czaszkę. Taka rana musiała być śmiertelna, takiej rany żadne stworzenie nie mogło przetrwać. Lecz potwór i tym razem nie wstrzymał kroku, nawet się nie zachwiał. Kiedy podniósł w górę głowę, cieknąca z poszarpanej dziury w policzku krew zabarwiła na czerwono jego ostre stożkowate zęby. Ciął jednym płynnym ruchem, prosto w naprężoną linę takielunku. Żagiel załopotał donośnie, bom przemieścił się natychmiast wokół swej osi, a Renny Atbridge spadła z masztu wprost na pokład szkunera. Uderzyła w deski z hukiem niemal równie głośnym jak wystrzały z jej broni, wypuszczając z rąk karabin. Poruszając ramionami potwór ruszył w stronę dziewczyny.

    Corley nie potrafił oderwać wzroku od tej przerażającej sceny, od leżącej bezwładnie Renny, od jej niewątpliwie połamanego ciała. Żołnierka była jedyną nadzieją na ratunek, jego jedyną nadzieją. Wiedział, że bez jej pomocy nie przetrwa i świadomy był jednocześnie tego, że sam nie zdąży przyjść jej z pomocą. Nie miała szansy na dokończenie tego, co zaczęła.

     Corley uczynił jedyną rzecz, jaka przyszła mu na myśl: zakręcił z całej siły sterem. Szkuner natychmiast położył się na bakburcie, wchodząc w bardzo niebezpieczny wychył. Wszystko, co znajdowało się na pokładzie, a nie było do niego solidnie przymocowane poleciało w poprzez statku ku relingowi: w tym również kilka beczek, które uderzyły z głuchym trzaskiem w cielsko potwora. Karabin dziewczyny ześlizgnął się po deskach w kierunku krawędzi burty, zaklinował się pomiędzy słupkami relingu.

     Potwór odrzucił w bok beczki, rozłupując jedną z nich zamaszystym ciosem topora. Renny zerwała się w tej samej chwili na nogi, zaczęła biec w stronę relingu. Corley zauważył, że przyciskała jedną rękę do boku, na którym materiał ubioru przesiąkał szybko krwią i uświadomił sobie, że w najlepszym razie musiała złamać kilka żeber. Błagał w myślach o to, by wciąż była w stanie oddać strzał. Dopadając karabinu podniosła broń i okręciła się w stronę przeciwnika, z grymasem przemożnego bólu wyrysowanym na dziewczęcej twarzy. Potwór był zbyt daleko, by dopaść ją przed wystrzeleniem przynajmniej jednego pocisku, a na tak bliskim dystansie żołnierka nie mogła spudłować. Wciąż miała wielką szansę, by zabić bestię, a potem razem z Corley'em zawrócić szkuner ku brzegom Cygnaru. Nic nie miało być takie jak przed tą upiorną podróżą, a pewne rany nigdy już nie miały się w pełni zaleczyć, ale Corley szczerze wierzył w to, że wspólnymi siłami dopnąć swego, a śmierć pozostałych żeglarzy nie pójdzie na marne.

     Renny wycelowała lufę karabinu w potwora, ten zaś w tej samej chwili odciągnął w tył ramię niczym dziecko gotowiące się do rzucenia kamieniem i rzucił z całej siły swym ogromnym toporem. Zakończone kolcem ostrze ugodziło Renny tuż poniżej splotu słonecznego, poderwało ją impetem uderzenia w powietrze i strąciło za reling prosto w spienione wody oceanu. Wypuszczony z rąk karabin wypalił po raz ostatni, śląc kulę wysoko w niebo.

     Ostani płomień nadziei tlący się w sercu sternika zgasł niczym zdmuchnięta świeca. W ułamku chwili nagromadzone od wielu dni znużenie i groza, głód i zszargane nerwy poraziły go z mocą zdolną odebrać przytomność. Wypuścił z rąk koło sterowe i usiadł na deskach pokładu ze złamanym sercem.

     Poruszyła go świadomość tego, że znienacka przestał się czegokolwiek lękać. Miał wrażenie, że nie mogło go spotkać już nic gorszego od tego, czego doświadczył w ostatnich dniach. Wtedy jednak potwór ruszył w jego stronę brocząc krwią cieknącą z ran na obliczu i karku i Corley ponownie drgnął zdjęty pierwotnym lękiem, ukrytym gdzieś w głębi podświadomości. Obmacując desperacko koszulę odnalazł w końcu Radiancję, wyciągając amulet spod odzienia i przyciskając go kurczowo do piersi. Nie pozostało mu już nic prócz talizmanu, postradał całą swą wiarę w innych ludzi i ich oręż. Przeistoczył się ponownie w prastarego koczownika skulonego przy obozowym ognisku, mającego za broń zdolną odpędzić nocne drapieżniki jedynie płonące szczapy drewna.

     Widok nadchodzącego potwora przywiódł mu natychmiast na myśl skojarzenie z drapieżnikiem właśnie. Te właśnie istoty miały w końcu zatryumfować nad światem, nie Morrow i jego czciciele. Nie dobroć serca czy miłosierne uczynki, lecz drapieżny głód miał zwyciężyć nad wszystkim innym, czerpiąc swą siłę z czynienia zła.

     Bestia wyrosła ponad sternika, zionąc swym gorącym oddechem w twarz człowieka. Corley zamknął z całej siły oczy i ścisnął jeszcze mocniej amulet gotowiąc się na śmiertelny cios. Bestia uczyniła coś innego, znacznie gorszego: roześmiawszy się chrapliwie wydarła Radiancję z dłoni człowieka.

     "Myślisz, że to cię ochroni? Zachowaj ten kawałek metalu na chwilę, kiedy w środku nocy obudzą cię senne koszmary. Przeciwko mnie nie stanowi oręża"

     "Pozabijałeś wszystkich" wyszeptał zbielałymi ustami Corley "Pozjadałeś wielu z nich. Kim ty jesteś?"

    "Jestem generał Gerlak Rezisyn" odparło monstrum "Przeżywam pożerając tych, których pokonałem. Żyj z tą świadomością, mały kapłanie"


Wyspy Scharde, 14 Trineus 606 OR

     Gerlak Rzezisyn stał na krawędzi czarnej skały, górującej ponad plażą do złudzenia przypominającą wybrzeże, gdzie wiele lat temu zabił cygnarskiego botmistrza. Odprowadzał spojrzeniem zmierzającego ku wschodniemu widnokręgowi Demetriusa. Mały kapłan spodziewał się tego, że trollak go zabije i taki też zamiar Gerlakowi przyświecał, przynajmniej do ostatniej chwili. Lecz kiedy po dotarciu do celu podniósł do morderczego ciosu topór, spojrzał w oczy swej ofiary i pojął, że w umyśle człowieka nastąpiła jakaś zmiana. Coś w jego duszy pękło bezpowrotnie, uległo zniszczeniu. Jego wiara we własnego boga zniknęła zastąpiona emocjonalną pustką i świadomość tego szczerze Gerlaka zaskoczyła.

     Wcisnąwszy połamaną Radiancję w dłoń sternika zacisnął wokół amuletu palce zdrętwiałego człowieka.

     "Twego boga tutaj nie ma" oznajmił "Tutaj włada tylko mój"

     Gerlak znalazł się na wybrzeżu Cryxu, nie potrzebował zatem już dłużej ludzkiego sternika, lecz pozwolił mu zachować życie przekazując w zamian ostatnie instrukcje.

     "Moja podróż dobiegła końca, lecz twoja jeszcze nie. Zabierz statek i wróć tam, skąd pochodzisz. Żaden cryxiański okręt nie stanie ci na drodze. Kiedy dotrzesz do domu, opowiedz swoją historię. Niech wszyscy twoi znajomkowie ją poznają. Przekaż im moje miano, opowiedz im o tym, co zrobił Gerlak Rzezisyn. Niechaj matki straszą mym imieniem dzieci. Niech żeglarze powtarzają je w tawernach struchlałym szeptem. Chcę słyszeć swe miano na usta wszystkich, kiedy tam powrócę. Czy rozumiesz me słowa?"

     Człowiek skinął słabo głową, lecz kiedy Gerlak zajrzał w jego oczy, dostrzegł w nich zrozumienie. Stojąc na brzegu i spoglądając na oddalający się szkuner Gerlak Rzezisyn poczuł chłodny cień kładący się na wielkim grzbiecie, rozpościerający wokół siebie czarne skrzydła przesłaniające słońce. Odsłonił w upiornym uśmiechu zęby dostrzegając własny cień, wydłużający się coraz bardziej na falach oceanu.

KONIEC

     Opowiadanie autorstwa Orrina Gray'a. Tłumaczenie własne. Wszelkie prawa autorskie zastrzeżone dla Privateer Press.

Komentarze
#1 | Keth dnia 10.04.2014 10:27:08
Tekst jest jednym z czterech krótkich opowiadań umieszczonych w tomiku "Call to Battle". Wybrałem go, ponieważ w naszych zbiorach bardzo brakuje materiałów poświęconych Cryxowi. Mam nadzieję, że lektura pozwoli poczuć chociaż cząstkę upiornego klimatu Imperium Koszmaru.
#2 | czegoj dnia 11.04.2014 14:23:32
Całkiem przyzwoite jak na IK.Pfft
#3 | Keth dnia 13.04.2014 11:32:49
Postaram się znaleźć w swoich zasobach więcej takich "przyzwoitych" tekstów Wink
#4 | Fafel dnia 24.04.2014 11:40:36
Co prawda nie ma cyckow, ale i tak bardzo fajnie sie czytalo. Przygotowanie profeska.
#5 | Gift dnia 24.04.2014 20:44:31
Bardzo fajne, z dotychczasowych wrzutek jedno z lepszych
Dodaj komentarz
Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.
Oceny
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać zawartość strony
Zaloguj się lub zarejestruj, żeby móc zagłosować.

Świetne! Świetne! 33% [1 głos]
Bardzo dobre Bardzo dobre 0% [0 głosów]
Dobre Dobre 67% [2 głosy]
Średnie Średnie 0% [0 głosów]
Słabe Słabe 0% [0 głosów]
Popularne Artykuły
  Artykuł Czytań Dodany przez
» IK - tworzenie i rozwój postaci
On: ŻELAZNE KRÓLESTWA
69619 Beamhit
26.01.2013 16:19
» 01. Wybór rasy i płci
On: TWORZENIE POSTACI
20452 leobardis
11.11.2008 15:43
» 05. Czary - objaśnienia i możliwości rzucania oraz spis czarów
On: MAGIA
17660 czegoj
25.11.2008 12:56
» 07. Kasta Niesklasyfikowana
On: PROFESJE
16720 leobardis
11.11.2008 18:26
» Legenda Kryształów Czasu
On: LEGENDA KRYSZTAŁÓW CZASU
16033 leobardis
11.12.2008 15:30
» Spis kamieni szlachetnych
On: DODATKI
14939 arikar
01.03.2009 16:48
» Charakter Postaci
On: TWORZENIE POSTACI
14318 venar
16.02.2009 14:27
» 02. Kasta Żołnierska
On: PROFESJE
14015 leobardis
11.11.2008 18:01
» Martwiaki
On: BESTIARIUSZ
13140 venar
30.04.2009 11:58
» 04. Kasta Złodziejska
On: PROFESJE
13117 leobardis
11.11.2008 18:09
» 06. Kasta Czarodziejska
On: PROFESJE
12847 leobardis
11.11.2008 18:22
» Opis świata Orchii
On: LEGENDA KRYSZTAŁÓW CZASU
12505 leobardis
12.12.2008 13:17
» Dendroid
On: BESTIARIUSZ
12299 ghasta
30.07.2011 10:22
» Kompendium Wiary
On: RELIGIA
12233 avnar
22.06.2009 15:08
» Doświadczenie - PD
On: PODRĘCZNIK GRACZA
12112 venar
13.01.2009 20:23
©
Logowanie
Nazwa użytkownika

Hasło



Nie masz jeszcze konta?
Zarejestruj się

Nie możesz się zalogować?
Poproś o nowe hasło
Shoutbox
Musisz zalogować się, aby móc dodać wiadomość.

Suriel
20-08-2017 20:30
Cóż; jak ktos nie ma dziecka to nigdy nie zazna smaku prawdziwej herbaty. Jak tu go nie kochać skoro zadał sobie tule trudu by napoic swego ojca.

Suriel
20-08-2017 20:26
Przylapalem go jak szedł po dzbanek który nam służy do podlewania kwiatów. Wodę planował zdobyc z łazienki, z "miednicy z pianą" w której moja żona wstepnie moczyla moje ubrania po budowie

Suriel
20-08-2017 20:18
Moj trzyletni syn postanowil zrobić ojcu herbatę. Żeby łatwiej było ją przetransportować i wylac zamierzal ją zrobić w pkasikowym samochodzie wywrotce.

Suriel
20-08-2017 16:09
Dobra jak maly usnie pora się brać za kończenie tekstu o Pianaliach.

Suriel
20-08-2017 15:30
Możesz zajechać, jak będziesz gnał hulajnogą na Polcon. Pfft

8art
20-08-2017 14:49
Ta impreza odbywa sie co dwa lata?

8art
20-08-2017 14:19
Za dwa lata to zdążę przyjść z buta Smile widziałem - zacne focie!

Keth
20-08-2017 13:31
Bartek, wrzuciłem na FB zdjęcia z wczorajszego zlotu! Może byś przyjechał za dwa lata, co?

Sigil
20-08-2017 11:48
O fetyszach szamanów słów kilka: http://www.sibsi..
..ge_id=2864

lightstorm
20-08-2017 11:04
jestem dziś 10h w pracy, ale postaram się napisać post w Orleanie

Sigil
19-08-2017 16:45
Napisałem do CbN.

Suriel
18-08-2017 20:42
Martwiaki są jak wiadomo od martwienia się ( tu obrazek Krzyk Muncha)

NickPage
Najczęściej oglądane
deliad[4944]
czegoj[3282]
8art[2267]
koszal[2044]
Treant[1869]

Ostatnia aktualizacja
czegoj
dretch
Sigil
Suriel
deliad

Wszystkie NickPage
Rzuć kostką